Greyball to znak, że Uber się kończy | DailyWeb.pl - codziennie o sieci

Greyball to znak, że Uber się kończy

Opublikowano 3 miesiące temu - 5


Rasizm. Mizoginizm. Mobbing. Wykorzystywanie seksualne. Ignorowanie lokalnych przepisów. Nieuczciwa konkurencja. Niskie standardy zatrudniania. Fatalne wyniki finansowe. Ostre działania na krytykę dziennikarzy. Nieetyczne postępowanie wobec kierowców. Problemy Ubera mnożą się i mnożą, a wymienione to zaledwie wierzchołek góry lodowej. I nic nie wskazuje na to, by ten obraz medialny mógł się w najbliższym czasie zmienić. Szczególnie teraz, gdy Uber jest pod lupą Departamentu Sprawiedliwości.

Śledztwo dotyczy systemu Greyball, który pozwalał kierowcom na unikanie lokalnych władz i kontroli drogowych. Był szczególnie przydatny przy przewozie tajnych inspektorów drogowych, którzy karzą kierowców oferujących usługi Ubera na obszarach w których firma nie ma pozwolenia na transport pasażerów.

Dzięki zgromadzonym danym użytkownicy Ubera, którzy byli potencjalnymi przedstawicielami władz, byli dezinformowani, a ich zamówienia anulowane. Sprawa się wydała, więc kierownictwo firmy w marcu zakazało dalszego korzystania z Greyballa. Przynajmniej w Stanach Zjednoczonych. Zagranicą technologia nadal jest w użyciu.

Jednak mleko się rozlało. Departament Sprawiedliwości rozpoczął w Portland śledztwo w sprawie. Sąd Federalny Północnej Kalifornii wystosował wezwanie o przedstawienie informacji dotyczących Greyballa, na wniosek prokuratorów federalnych Resortu Sprawiedliwości. Niewykluczone, że pojawią się kolejne lokalne śledztwa i ostatecznie zostaną przedstawione zarzuty kryminalne.

Uber zasłania się tym, iż ów system nie miał za zadanie unikanie wspomnianych kontroli, a jedynie nieodpowiednich użytkowników, którzy naruszają zasady firmy, mogą być zagrożeniem dla kierowców i utrudniają działania przedsiębiorstwa na rzecz konkurencji.

Cudowne dziecko biznesu, a może jednak Evil Corp?

Uber to ciągle młoda, innowacyjna firma. Firma, która niestety po drodze popełniła mnóstwo błędów. Do pewnego momentu były to błędy, które można było wybaczyć. Przerzucić na nieopierzenie, cokolwiek. Jednak ich kumulacja i systematyczne pojawianie się kolejnych brudów, pozwala sądzić, iż to nie korporacje taksówkarskie są największym wrogiem Ubera, a sam Uber wyrządza sobie największą szkodę.

Apogeum tego wszystko odbywa się w przeddzień prawdopodobnego debiutu giełdowego. W momencie, gdy wartość firmy została napompowana do granic absurdu i oscyluje obecnie w astronomicznych okolicach 60 mld dolarów. Ma to miejsce przy wszystkich aferach i olbrzymich stratach przedsiębiorstwa, idących w miliardy - przy rosnącej konkurencji w postaci Lyft, Juno, Via, czy Gett. Dlatego pokuszę się o założenie, że mamy tu do czynienia z kolosem na glinianych nogach. Mocno przeszacowanym. Hipotetyczny zakup akcji może być zarówno złotym strzałem, jak i grozić kalectwem - oby tylko finansowym.

Aplikacja Ubera
Źródło grafiki: freestocks

Trzeba jednak oddać Uberowi, co Uberowskie. Firma Travisa Kalanicka zmieniła zarówno świat biznesu, jak i technologii. W genialnie prosty sposób przetworzono rozwiązanie, które doskonale znamy, odtwarzając je za pomocną nowych narzędzi. Jednocześnie był to sygnał dla innych firm, co do powzięcia podobnych działań w branżach, które można łatwo uberyzować. Idą one za pionierskim przykładem i sukcesywnie poszerzają rynek technologicznych usług współdzielonych. Żeby wspomnieć chociażby Airbnb, które jest dla hotelarstwa tym, czym Uber dla branży przewozów pasażerskich.

Firma tak bardzo wpłynęła na rzeczywistość, że mówi się o uberyzacji ekonomii. W popkulturze i codziennym życiu coraz rzadziej mówimy o klasycznych taksówkach, coraz częściej o Uberze. Ba, obecnie powstają dwie hollywoodzkie produkcje o kierowcach Ubera.

Nie taki super ten Uber

Wszystko to sukcesywnie jest zaprzepaszczane. Firma ma obecnie niewyobrażalne problemy wizerunkowe. Baśń o przewozowym Kopciuszku, zamienia się nieuchronnie w historię o biednej technologicznej kopcie, przeobrażającej się w starą, bogatą i wredną wiedźmę, której nikt nie lubi i każdy chce jej rychłego zejścia. Jesteśmy świadkami końca Ubera, przynajmniej takiego jakiego znaliśmy. Tego, który rozpalał umysły. Nierzadko widzimy wyłącznie korporacyjny ściek, zapakowany w stylową czerń. Jeśli dojdą do tego zarzuty kryminalne, sięgające najwyższych strzebli przedsiębiorstwa, to będzie jasny znak, że innowacja innowacją, jednak zasady ciągle są w cenie.

Co kuriozalne, mógłby to być dobry znak dla samego Ubera. Przynajmniej patrząc na sprawę dalekosiężnie. Bo ktoś musi wpłynąć na ten biznes. W strukturach firmy - poza PR-ową gadką - szczerej chęci zmian nie widać. W innym wypadku będziemy mieli do czynienia z pęczniejącym rakiem start-upowym i świętą krową, która co rusz zostawia śmierdzący placek.

Jeśli wszystko zostanie po staremu, to inwestorzy zaczną myśleć następująco: skoro można wyhodować jednego takiego potwora, to dlaczego nie spróbować z kolejnym. A uwierzcie, pieniądze są mocniejszym argumentem niż dobro społeczne czy zdrowy rozsądek.