Przyznaję, że jakoś przespałem premierę serialu „Squid Game” i dopiero po jakimś czasie usiadłem do seansu. Zaskoczony oczywiście fenomenem i popularnością produkcji nie miałem innej opcji jak nadrobienie zaległośći. Tym bardziej, że serial przebijał swoją popularnością dotychczasowych rekordzistów, takich jak „Orange is The New Black” czy sam „Dom z papieru”.

Odpaliłem więc Squid Game na Netflix i już po pierwszym odcinku zabrało mi mowę. Serial faktycznie dociera do naszych najgłębszych neuronów odpowiadających za wypowiadanie zwrotu „WTF?!” i wywołuje burzę przemyśleń o świecie, ale przede wszystkim – o ludzkości. Zezwierzęcienie naszego gatunku bije po oczach już w pierwszym epizodzie „Squid Game”.

Squid Game fenomenem na skalę światową?

Po pierwszym seansie wiedziałem, że nie jest to serial z gatunku „Binge-watching”, gdzie hurtowo odpalamy jeden odcinek za drugim. Z tego też powodu pierwsze pięć odcinków obejrzałem w jednodniowych odstępach, ale od szóstego już się nie udało i poleciał 3-odcinkowy finał (chociaż 6 odcinek jest o połowę krótszy od pozostałych). Skoro pełno było już recenzji w całym internecie, może po dłuższym czasie moje spostrzeżenia będą bardziej zdystansowane i spisane na chłodno.

Kiedy rozpocząłem oglądanie, dzieląc się swoimi wrażeniami ze znajomymi, mówiłem im, że sieczka z mózgu jest taka, że ciężko dobrać słowa. Ci, którzy już obejrzeli całość, nakręcali mnie, mówiąc, że finał będzie dopiero sieczką. Cóż, pozostało czekać i oglądać.

Faktycznie, oglądając skrupulatnie każdy z odcinków, spędzam później sporo czasu na analizie epizodu, zastanawiając się co i jak się wydarzyło, a przede wszystkim: dlaczego. Tak to już jest, że w tych momentach, na gorąco, nie zwraca się uwagi na luki w fabule, niedociągnięcia, o błędach podstawowych nie wspominając.

Wczoraj się dowiedzieliśmy, że serial „Squid Game trafił” już na ekrany 142 milionów gospodarstw domowych. Tak, kolejny rekord. Po obejrzeniu całości przyznaję rację najwierniejszym fanom serii, że faktycznie serial robi masakrę w głowie, daje do myślenia i budzi niepokój na przyszłość ludzkości.

Skąd fenomen serialu? Błędy łatane nowością

Ja spoglądam na całość jednak z bardziej chłodnym wzrokiem i próbuję wyłapać, gdzie ten fenomen ma swoje korzenie. Patrząc na produkcję, obiektywnie nie należy ona do tych z gatunku wybitnych. Serial jak serial, biorąc pod uwagę aspekty czysto techniczne i jakościowe. Owszem poruszana tematyka, sposób jej zaprezentowania i przekaz to osobna kwestia, która nie podlega żadnym wątpliwościom.

squid game 2 scaled

W serialu można dostrzec sporo dziur. Każdy, kto oglądał, wie na pewno o co chodzi, nie chcę zbytnio spoilerować, ale sama obecność policjanta nie wnosi zbyt wiele poza zabiciem czasu. Niedorzecznych motywów jest więcej, ale dla koreańskich produkcji to już normalność.

I właśnie obawiam się, że tutaj docierami do sedna mojej tezy – koreańskiej produkcji. Czy nie jest tak, że świat tak zachwycił się „Squid Game”, bo prezentuje ona zupełnie odmienną kulturę, zupełnie inne podejście do życia i codzienności, rodziny i miłości? Odmienną od tej, którą znamy z amerykańskich czy nawet europejskich produkcji, których przesyt spotykamy we wszystkich serwisach streamingowych? Dla nas „Squid Game” to coś zupełnie nowego, ale i obcego. Codzienność Koreańczyków wydaje się tak różna od naszej, że to nas inspiruje, a przede wszystkim ciekawi. Chłoniemy to do upadłego, nie zwracając uwagi na jakość.

Co jeśli serial powstałby w USA? Czy wszechobecni aktorzy, przewidywalne gesty i posunięcia, znane twarze stworzyłyby taki fenomen? Tego się nie dowiemy, ale możemy jedynie przypuszczać, że serial raczej zaginąłby w czeluściach biblioteki Netflixa. Idąc tym tropem, uważam, że „Squid Game” swoją popularnością przerósł wyobrażenia Netflixa. Dlatego boję się, że (to już pewne, że będzie) drugi sezon zaskoczy nas zupełnie innym, przyziemnym i „zeuropeizowanym” obrazem.