Maszyna do zabijania to esencja prostego kina Sci-fi. Wcale mi to nie przeszkadza. Recenzja nowego filmu Netflixa
Maszyna do zabijania to film, wobec którego nie miałem żadnych oczekiwań. Wziął mnie trochę z nienacka, bo zarwałem przez niego noc, ale niczego nie żałuje. Oto moja opinia na temat nowej produkcji Netflixa.
Maszyna do zabijania wylądowała w TOP-ce ostatniego odcinka Oglądajnika, ale szczerze mówiąc planowałem ten film zobaczyć z ziomkiem, bo miałem wrażenie, że w towarzystwie lepiej będzie się go doświadczać. Jednak wczorajszej nocy postanowiłem puścić coś na sen i z racji tego, że byłem srogo wyczerpany (i było bardzo późno), to miałem nadzieję, iż szybko mnie zmęczy i udam się do cudownej krainy sny. Stało się inaczej. Obejrzałem cały, rozbudziłem się i zacząłem pisać ten tekst. Sen jest dla słabych, tak samo, jak słabi są obcy dla Alana Richtera, który gra tu główną rolę. I po raz kolejny perfekcyjnie odnajduje się w kreacji typa, kipiącego testosteronem. Jednak po kolei.
Maszyna do zabijania – recenzja nowego filmu Netflixa
Alan Ritchson znany z mocnej kreacji tytułowego bohatera w serialu Reacher tym razem ma naprawdę trudne zadanie do wykonania. Gra straumatyzowanego członka elitarnego oddziału armii amerykańskiej Ranger, który wraz z zespołem będzie musiał się zmierzyć ze śmiercionośnym zagrożeniem. Będąc na finalnej misji programu szkoleniowego trafiają na ogromnego robota, który przybył z kosmosu i nie zawaha się przed niczym, aby unicestwić przeciwników. Zaczyna się walka na śmierć i życie.
No nie ma co ukrywać, że fabuła jest prosta jak drut i nieco czerpiąca z Predatora. Mamy wielkiego mięśniaka i zagrożenie z kosmosu, które wykorzystuje nowoczesną technologię z pełnym dobrodziejstwem inwentarza. Lasery, granaty, rakiety, skanowanie terenu oraz totalna likwidacja. Czym chata bogata!
Alan Ritchson hipnotyzuje swoimi warunkami fizycznymi i ogromną charyzmą
Alan Ritchson to po prostu tak wielki typ, że miałem wrażenie, że ledwo mieści się w kadrze. Coraz bardziej lubię tego aktora, który ma ogromną charyzmę i do ról mięśniaków nadaje się idealnie. Potrafi też na bardzo minimalnych środkach aktorskich pokazać wiele emocji. A nie ma ku temu wiele okazji, bo nie pozwala mu na to profil twardego żołnierza. To facet targany przeszłością i bardzo straumatyzowany, więc uśmiech na jego ustach to naprawdę rzadkość, a w zasadzie to widok niemożliwy. W dużej mierze na jego barkach spoczywa cały film, ale wywiązuje się z tego zadania perfekcyjnie.
Każdy z wojskowych nie ma imienia, tylko nadane numery, co jest bardzo ważne w kontekście liczby 7. Jeden z wojskowych dzierży właśnie taki numerek i nie jest to przypadkowe. To jaki plot armor ma ten bohater przechodzi ludzkie pojęcie. W czepku urodzony to granic możliwości. Strasznie mnie to bawiło, że typ przeżył tak wiele karkołomnych sytuacji. Nie jestem do końca pewny czy było to zamierzone, ale faktem jest, że oglądając Maszynę do zabijania koniecznie trzeba wyłączyć myślenie. Fabuła jest pretekstowa, a wiele postaci (a szczególnie Alan Ritchson) załączony tryb nieśmiertelności.
Maszynę do zabijania ogląda się świetnie, czas szybko mija, a pirotechnika oraz kaskaderka na wysokim poziomie. Porównując do innych streamingowych hitów w tym gatunku, to CGI nie rzuca się w oczy. Jest jedna scena, w której jest to widoczne, ale i tak bardzo dobrze to wygląda. Poza tym wybaczam, bo to dynamicznie zrealizowana sekwecja, która podnosi adreanalinę.
Jak na niektóre głupotki można przymknąć oko, to nie mogę przyjąć do wiadomości, że ta wielka maszna, pełna zaawansowanego sprzętu nie rozwala wszystkich w pięć sekund. Przez dużą część filmu śledzi ich, a ci wydają się mieć motorki w tyłkach i dosyć często uciekają przed zagrożeniem z kosmosu. Sama maszyna nie wygląda też specjalnie efektowanie. Finalne rozwiązanie – też pozostawia wiele do życzenia. Tutaj twórcy nie postarali się, ale też pozostawiają szeroko otwartą furtkę dla kontynuacji.
Maszyna do zabijania ogląda się świetnie mimo wielu głupotek
Maszyna do zabijania to film prosty, ale dający dużo frajdy. Ma swoje bolączki, ale jak przymkniemy oko na parę sytuacji, to można dobrze się bawić. Duża w tym zasługa Alana Richtera, który hipnoztyzuje swoimi warunkami fizycznymi, charyzmą i stoickim sposobem bycia. I doceniam też to, że znalazła się chwila na psychologiczne pogłębienie postaci. Jego wstąpienie do Rangersów to swojego rodzaju terapia.
To produkcja efektowana, pełna wybuchów i nieustannej akcji. Kończyny latają po ekranie, jest krwawo, a trup się ściele gęsto. Świetny początek, sprawne zawiązanie akcji i nieco uproszczony finał. Bawiłem się jednak świetnie, czego do końca się nie spodziewałem. Niech najlepszą rekomendacją będzie to, że zarwałem dla niego noc. Mocne 6/10 i mam nadzieję, że Netflix ogłosi, że będzie druga część, bo chętnie bym zobaczył kolejną dawkę adrenaliny.




