Już teraz wiem, że to jeden z najlepszych filmów 2026. Recenzja 28 lat później – Część 2: Świątynia kości
Właśnie wyszedłem z seansu 28 lat później – Część 2: Świątynia kości i nie mogłem się powstrzymać, aby nie napisać krótkiej recenzji. Zapowiadam już teraz – to jeden z lepszych filmów 2026 roku.
Pierwszą część 28 lat później obejrzałem dosłownie tydzień temu. Dwójka nie znalazła się w mojej TOP-ce najbardziej wyczekiwanych filmów 2026 roku i był to ogromny błąd. Mimo, że doceniam kunszt reżyserski Danny’ego Boyle’a i talent pisarski Alexa Garlanda to jakoś nie po drodze było mi z tym filmem. Nie myślałem, że w tematyce zombie da się jeszcze zrealizować coś tak bardzo odświeżającego. Jedynka to dobry projekt, który w idealny sposób robi podwaliny pod kontynuację. A ta – jest wyśmienita. Nie pamiętam kiedy jakaś produkcja dostała ode mnie tak wysoką ocenę, aczkolwiek mam świadomość, że nie wszystkim Świątynia kości przypadnie do gustu.
28 lat później – Część 2: Świątynia kości – recenzja
Film 28 lat później – Część 2: Świątynia kości na pewno nie spodoba się osobom, które krytykowały część pierwszą, a szczególnie – finał. I ja nawet nie będę tych widzów przekonywał, aby próbowały dać szansę kontynuacji. Z jednej strony czuć klimat jedynki, a z drugiej – to tytuł zdecydowanie bardziej kameralny, inaczej nakręcony, ale jeszcze bardziej szalony i podejmujący wiele ciekawych tematów.
Niesamowite jest to, że obie części były kręcone w tym samym czasie, ale Świątyni kości już nie ma Danny’ego Boyle’a na stołku reżyserkim, a Nię DaCostę. Bardzo się tego bałem, ale wyszło naprawdę świetnie. Jest mniej zombie kreatywnego montażu. Strasznie doceniam stopklatki w filmie sprzed roku, kiedy nieumarli otrzymują strzał w szyję, kręcenie iPhone’ami czy przebitki ze Średniowiecza, ale druga część jest o wiele bardziej fabularna i niezwykle szalona.
Nia DaCosta perfekcyjnie łączy humor z dramatem oraz próbą współpracy człowieka z zombie. Na papierze brzmi to absurdalnie i nieskładnie, a nawet – komicznie, ale podczas seansu nie czuje się, że jest to parodia. To historia o człowieku, który wychował się na Teletubisiach i program ten wciela w realne życie i tworzy armię swoich popleczników. Mam na myśli głównego antagonistę Sir Lorda Jimmy’ego Crystala, który pojawia się w finale jedynki.
Piekny mix komedii z dramatem
To okrutny typ, który myśli tylko o sobie i ma większe ego niż benis Alfy, czyli zombie-bersekera, który wyrywa czaszki swoich ofiar razem z kręgosłupem. Predator pisze do niego listy miłosne. Najlepsze jest to, że to wszystko ma sens. Wpaja swojej ekipie takie farmazony, że to głowa mała. Dla widza jest to zabawne, bo my wiemy jak świat wygląda, a dla bohaterów – jest to przerażajace. Oni traktuje go niemalże jak boga. A ten bóg jest bezwględny (szczególnie dla swoich wrogów), ale jakże charyzmatyczny!
Równie charyzmtyczny jest Dr Ian Kelson, grany przez rewelacyjnego Ralpha Fiennesa. To niezwykle interesująca postać, która wprowadza do gatunku zombie coś świeżego. Wątkiem tym jest symbioza z zombie i doszukanie się, jak można wirusa wyleczyć, a przynajmiej poznać jego genezę. Wiele scen z Alfą bawi, ale jednocześnie są niezwykle sensowne, kiedy lekarz opowiada o istocie zarażonych.
I jaki to ma sens – oczywiście biorąc pod uwagę taką tematykę. W popkulturze było wiele produkcji, gdzie poruszano motyw przyjaźni człowieka z zombie, ale były to stricte komedie, takie jak Fido, Wiecznie żywy czy serial iZombie. W tym filmie podjęto ten temat na poważnie, ale jednocześnie serwując luźny styl i nigdy bym nie pomyślał, że taki wątek w – jakby nie było – poważnej produkcji – może być tak sprytnie ujęty.
Kino w tematyce zombie, które potrafi zaskoczyć
Nie chcę spojlerować, ale powiem wam tylko, że uzycie piosenki Irona Maiden pod tytułem „The Number of the Beast” ma jednoczesnie wydźwięk humorystyczny, jak i poważny. I ma ogromny sens fabularny! I w ogóle ten film lawiruje między przemocą, a luźnym stylem, że chylę czoła, że się udało. I tak – mamy mniej zombie, a więcej walki na linii człowiek – człowiek, ale ja kupuje niemalże wszystko, co w tym filmie zobaczyłem.
Świetna produkcja, która mówi o podziałach, ludzkiej naturze i bezwzględności świata. Jest kreatywnie i nieco bardziej kameralnie aniżeli w jedynce. Myślałem, że w tematyce zombie nie zobaczę nic nowego, a tutaj nagle 28 lat później serwuje mi coś tak wyjątkowego, że nie mam słów. Byłem przerażony, śmiałem się, a i łezkę uroniłem. Serdecznie polecam, aczkolwiek konserwatyni wyjadacze gatunku zombie będą pewnie krytykowali ten film. Ja jestem zachwycony, bo lubię, kiedy kino mnie zaskakuje. A to nie zdarza się często.



