Czy to ptak? Nie – to film z sercem i superpsiakiem. Recenzja filmu Superman (2025)
Superman w reżyserii Jamesa Gunna już na ekranach kin! Ten wykrzyknik jest bardzo istotny, bo bardzo czekałem na ten film, mimo że nie jestem turbo-fanem tego bohatera. Byłem jednak ciekaw, co jeden z moich ulubionych twórców kina komiksowego zaserwuje widzom. Zapraszam do przeczytania mojej recenzji.
Tak jak wspomniałem – postać Supermana nigdy nie była dla mnie zbyt interesująca. Kosmita z przystojną, ludzką twarzą, który jest praktycznie niezniszczalny to strasznie nudny, nieciekawy koncept. Wersji tego superbohatera było bez liku – zarówno aktorskich, jak i kreskówkowych – w formie filmowej i serialowej. I ostatnie lata nie były zbyt udane dla Clarka Kenta. Owszem – Henry Cavill to świetny casting, tylko co z tego, skoro scenariusz nie oferował nic wartościowego.
Superman Jamesa Gunna – recenzja

Dlaczego więc czekałem na nowego Supermana? Przede wszystkim – reżyserem i scenarzystą został James Gunn, który restartuje uniwersum DC. A filmowiec zaskarbił moją sympatię Strażnikami Galaktyki, Legionem samobójców, Peacemakerem i Koszmarnym Komando. To projekty pełne serca, humoru, świetnego soundtracku i produkcje, w których czuć, że James uwielbia swoich bohaterów. I skoro udało mu się zrobić na nowo żywiołowy Legion Samobójców oraz zaserwować genialnego Peacemakera, gdzie główny bohater zupełnie mnie nie obchodził, a go pokochałem, to może i Superman okaże się świeżym, nieoklepanym filmem?
I nie będę krył moich zachwytów. Nigdy bym nie pomyślał, że będę tak dobrze się bawił na filmie o Supermanie. James Gunn zaserwował nam nieco niestandardową narrację. Przede wszystkim – nie otrzymujemy standardowego origin story. Nie doświadczymy zniszczenia Kryptonu i jak nielegalny imigrant zostaje automatycznie adoptowany przez Państwo Kent. Jego historia wynika z rozmów między bohaterami, między innymi z Lois Lane, która „próbuje” przeprowadzić wywiad z superbohaterem. Bardzo sprawny zabieg, który jest naturalny, a niepotrzebnie nie wydłuża filmu o kopiowane w nieskończoność sekwencje traumatycznych wydarzeń z dzieciństwa.
Brak origin story to świeże podejście do postaci Supermana

Ja szanuje takie rozwiązanie, ale kiedy pojawia się Lex Luthor, to mamy wrażenie, że nie jest to pierwszy film, otwierający uniwersum DC Studios, a kolejna część. Motywacje antagonisty są przekazane w taki sposób, jakby Panowie znali się wcześniej i była między nimi wielka spina. I ja muszę przyznać, że miałem problem, dlaczego Lex Luthor jest przepełniony taką nienawiścią. Finalnie – nie jest to sama nienawiść, a zawiść i w takim rozumieniu globalnym, bo on po prostu jest zazdrosny, że świat wielbi człowieka bez skazy, dla którego nie ma rzeczy niewykonalnych. Świetny Nicolas Hoult, którego kocha kamera. Bardzo często będziemy świadkami, kiedy operator robi zbliżenia na jego twarz, która wyraża jedno – chęć zniszczenia Supermana za wszelką cenę. Typ bez żadnych pozytywnych cen. Antagonista z krwi i kości.
A propos samego Supermana. W zasadzie mało znany Davidem Corenswet to castingowy strzał w dziesiątkę. Mo on co prawda vibe Henry’ego Cavilla, ale to zupełnie inny superbohater. James Gunn ma ogromne serce do tej postaci, ale próbuje ją zbudować na nowo – jak nigdy dotąd. Nadaje mu bardziej ludzkich cech. To facet, targany emocjami, wątpliwościami i wierzący w ludzką dobroć. Potrafi też zażartować z tego, że wystarczy, iż założy okulary i nikt go nie rozpozna. Kocha zwierzęta i zawsze mówi „dzień dobry”. Same plusy.
To też mężczyzna, który próbuje zbudować relacje z Lois Lane i nie zawsze ich rozmowy zmierzają w dobrym kierunku. To poznawanie siebie wraz ze wszystkim emocjonalnymi momentami, wliczając w to burzliwe kłótnie. A poruszane tematy są bardzo ważne, bo biorą na tapet kwestie, które wcześniej były pomijane. Wiecie – Superman to dobra mordeczka, która chce pomóc wszystkim – również za granicą. Jednak mieszka on na terenach USA, więc jest postrzegany jak Amerykanin. Czy jego lot do innego kraju i – przykładowo – spuszenie łomotu dyktatorowi to nie ingerowanie w politykę?

Reżyser porusza mimochodem wiele innych kwestii, takich jak hejt w sieci, czy cancel culture. W filmie bardzo szybko ludzie osądzają Supermana na podstawie dosyć wątpliwego nagrania. Społeczność nie potrzebuje sądu, wystarczy to, co zobaczą/usłyszą w social mediach i nikt nie bierze pod uwagę, że może to być deepfake. A ten film jest umiejscowiony w obecnych czasach, co tym bardziej działa na poziomie zrozumienia pewnych rzeczy i komentarza Jamesa Gunna. To dosłownie – Superman w erze TikToka, Instagrama i innych social mediów, z czego dosyć sprawnie korzysta Lex Luthor ze swoją korporacyjną świtą.
Humor James Gunna mógł być gwoździem do trumny nowego Supermana. Na szczęście reżyser zastosował świetny balans między dramatem, akcją i komedią. Porównując do jego poprzednich filmów – ten jest nacechowany najmniejszą liczbą gagów, czy żartobliwych sytuacji. Serwowanie co chwila żartem zaburzyło by jednak powagę naszego Superbohatera. Powodów do uśmiechu jest jednak wiele – głównie z powodu zachowania niesfornego psiaka Krypto, który zamiast pomagać, bardziej przeszkadza. Jest jednak całkowicie uroczy. Zresztą czuć, że James Gunn kocha zwierzęta. Udowodnił to Strażnikami Galaktyki vol. 3 – udowodnił to również Supermanem. Podczas zdjęć nie ucierpiała nawet wiewiórka.
Superman ma wady, ale James Gunn kocha swoje postaci

Dużo chillu wprowadza drużyna superbohaterów o roboczej nazwie Gang Sprawiedliwości, na czele której stoi Zielona Latarnia w tragicznej fryzurze. Rozbrajający, brawurowy Nathan Fillon. Świetna chemia z innymi członkami team’u, tylko szkoda, że Sokolica dostała tak mało czasu ekranowego na rzecz Mister Terrific, który powinien otrzymać osobny serial. Roboty (jak zwykle świetny Alan Tudyk, mający spore doświadczenie w takich rolach głosowych) również wprowadzają sporo humoru. Niespodziewane cameo Johna Ceny cieszy niesamowicie. Jednym słowem – kiedy trzeba, to James Gunn sypie żartami, a kiedy trzeba – jest nieco poważniej. Bardzo dobrze ze sobą to współgra. Soundtrack jak zwykle dopasowany idealnie, ale mam wrażenie, że w poprzednich produkcjach było więcej kultowych kawałków, które nadawały tempa kluczowym scenom akcji.
Nie jest to oczywiście produkcja bez wad. James Gunn serwuje nam wiele wątków, chce dać każdej postaci przysłowiowe 5 minut i nie zawsze odpowiednio to wybrzmiewa. Po łebkach ukazano dziennikarzy w Daily Planet, a ekipa Superbohaterów (poza Mister Terrific) mogła być bardziej wyeksponowana. CGI momentami kłuje bardzo po oczach i to zdecydowanie najsłabiej zrealizowany pod kątem technicznym film Jamesa Gunna. Są oczywiście momenty zapadające w pamięć, takie jak lot Supermana, świetne zmontowana walka Mister Terrifica i parę efektownych slow-motion, ale często widać wiele niedoskonałości.
Superman to jeden z ciekawszych blockbusterów 2025 roku
Na koniec jeszcze zaznaczę, że na seans poszedłem przekornie ubrany w koszulkę z Batmanem, a teraz się zastanawiam, czy to nie czas na t-shirt z Supermanem i podpisem Jamesa Gunna. To znak, że film okazał się świetną rozrywką. To chyba najlepsza rekomendacja z mojej strony.
Jestem świadomy, że nowy Superman nie przypadnie do gustu każdemu, jednak czuje się, że James Gunn kocha tę postać. Nadaje jej więcej ludzkich cech, jednocześnie uwypuklając infantylne podejście, że w każdym człowieku drzemie dobroć. Komediowe akcenty, charakterystyczne dla Jamesa Gunna na mnie działają świetne. Krypto jest złotem tego filmu i nie sposób go nie uwielbiać. Superman ma parę mankamentów, ale finalnie – to świetny, letni blockbuster, który ma serce na wierzchu. Czuje, że uniwersum DC jest w dobrych rękach.

