„Hardship: Shipbreaker”. uff, to nie jest kolejny, zrobiony od wymęczonej formy, symulator
Czy jest na portalu ktoś, komu marzy się praca na złomowisku? Wbrew pozorom to nie jest głupie pytanie, a w dobie rozpędzającego się recyklingu, może to być interesująca ścieżka kariery. Tylko wtedy trzeba myśleć w kategoriach przetwarzania różnego rodzaju odpadów, co wymaga sporych nakładów inwestycyjnych.
Na szczęście są gry komputerowe! Nic nie stoi na przeszkodzie, aby wcielić się w złomiarza rozmontowującego statki kosmiczne. Nie, nie odjechał mi peron. Na rynku pojawiała się taka produkcja. Dość sprytnie zrealizowana, całkiem angażująca. Spędziłem w niej już 24 godziny i w sumie nie żałuję ani minuty. Na dodatek czuję coś satysfakcjonującego w oddzielaniu kolejnych elementów.
Hardship: Shipbreaker
„Hardspace: Shipbreaker” wyszło z wczesnego dostępu 24 maja 2022 roku. Tego samego dnia gra była dostępna w ramach Xbox Game Pass. Oczywiście, jako miłośnik wszelkiego rodzaju symulatorów, musiałem ją wypróbować. Wcześniej niewiele wiedziałem o samej grze i nie żałuję, że nie śledziłem jej rozwoju. Po prostu od razu wskoczyłem do wersji 1.0 i mogłem zacząć swoją przygodę cyfrowego złomiarza. Polecam ukończenie samouczka, który przyjemnie tłumaczy, jak korzystać z różnych narzędzi i w jaki sposób rozkładać statki. Jest tylko pozornie proste, ponieważ twórcy gry w ciekawy sposób dodają kolejne warstwy do rozgrywki.
Na początku było łatwo. Szukałem miejsc, w których mogłem rozdzielić elementy statku, wypalałem je, a pozyskane materiały wrzucałem do odpowiedniego miejsca. Do pieca, do maszyny przetwarzającej cenne materiały albo na barkę, ale potem zaczęły się schody.
Wraz ze zdobywaniem kolejnych poziomów, otrzymywałem możliwość rozbierania większych i bardziej skomplikowanych statków. Ku mojemu zdumieniu, to nie zawsze polega wyłączenie na oddzielaniu kolejnych elementów. Czasem trzeba usunąć ciśnienie ze statku. Co może być niebezpieczne, bo można dostać terminalem, który oderwał się od ściany. Albo uszkodzić system chłodzenia reaktora i pożegnać się z życiem w oślepiającym świetle atomowej eksplozji. Zresztą z tymi reaktorami to jest niezła heca. Mają różne stopnie trudności i czasem trzeba się odpowiednio przygotwać, aby je demontować. Przykład? Dla klasy 2 konieczne jest najpierw usunięcie silników, ale najpierw trzeba pozbyć się paliwa, w przeciwnym razie dojdzie do pożaru, który, jak łatwo się domyślić, spowoduje stopienie się rdzenia. Dlatego trzeba działać rozważnie.
Pierwszy kontakt z nowym statkiem to zawsze jakaś forma wyzwania. Są to przestrzenne łamigłówki, w których trzeba szukać rur, paneli sterujących oraz bezpieczników. Wszystko po to, aby zmaksymalizować zysk, bo przecież za darmo się tego nie robi.
Tutaj „Hardspace: Shipbreaker” wpada w trochę mroczniejsze tony. To nie jest gra o spokojnym rozmontowywaniu statków, ale opowieść o antyutopii, którą kontroluje korporacja. A śmierć jest tylko wypadkiem przy pracy, ponieważ ludzi można klonować. Gracz zaczyna z olbrzymim długiem do spłacenia, na dodatek korporacja dolicza opłaty absolutnie za wszystko. Aby szybko się wyrwać, trzeba wybierać statki pozwalające zarobić jak najwięcej i warto przy tym pamiętać o optymalizowaniu czasu. Im szybciej uda się rozwalić dany obiekt i odpowiednio posegregować elementy, tym szybciej będzie można wziąć nowe zlecenie. Jest to ciekawy sposób napędzania rozgrywki. Twórcy „Hardspace: Shipbreaker” postanowili dodać tutaj jeszcze jedną warstwę. W niektórych wrakach dostępne są dyski z danymi, które opowiadają historię świata gry. Trochę odmienną od tej serwowanej przez korporację.