Cieszę, że do Game Passa trafią gry, które można przejść w jeden weekend.

Od razu wylądował w Game Passie. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że od kiedy korzystam z giereczkowych subskrypcji, to chętniej sięgam po różnego rodzaju nietypowe produkcje. Czy po obejrzeniu trailerów, czy po przeczytaniu wszystkich zapowiedzi, kupiłbym „The Gunk”? Z przykrością stwierdzam, że odpowiedź brzmi — nie sądzę. Ale gdybym jednak się zdecydował, to obawiam się, że pozostałbym z pewnym niedosytem.

R E K L A M A

The Gunk

Proszę mnie źle nie zrozumieć, uwielbiam symulatory chodzenia. Szczególnie gdy są poprzeplatanie różnymi zagadkami przestrzennymi. Rozwiązywanie problemów, które niekoniecznie są związane z produkcją gier, zazwyczaj mnie odpręża. Pod tym kątem „The Gunk” idealnie wpasowało się w moje potrzeby. Było trochę skakania i rozglądania się, czasem musiałem chwilę pokombinować, aby znaleźć rozwiązanie. Jednak zazwyczaj wystarczało dobrze zapoznać się z otoczeniem, aby przejść do kolejnego etapu. I to jest olbrzymi plus „The Gunk”.

Pomaga w tym bardzo proste sterowanie. To nie jest gra, która wymaga długiego samouczka. W przypadku tej produkcji, w zupełności wystarcza pierwsze 10 minut, aby zorientować się w systemie interakcji. Muszę też przyznać, że uderzył mnie interfejs, który został ograniczony do absolutnego minimum.

Wszystko to wygląda tak, jakby twórcy „The Gunk” stawiali na budowanie doświadczenia gracza, na wciąganie go w świat przedstawiony. Duża intuicyjność interakcji, brak szaleństw z poziomem trudności zagadek, piękne widoki oraz fabularne wstawki. Szczególnie istotne są relacje pomiędzy dwójką bohaterów, a te odkrywane są w trakcie rozmów za pomocą radia. Od razu skojarzyło mi się to z grą „Firewatch”. Podobny sposób komunikacji, z tą różnicą, że w „The Gunk” udaje się spotkać interlokutora. Nie jest tylko głosem z powietrza. Rozbieżności bez problemu możną znaleźć więcej, ale największą jest to, co we mnie zostało.

Po „Firewatch” dalej mam jakieś wspomnienia. Zresztą nie przez przypadek mam ustawioną tapetę z tej gry. A „The Gunk”? Fabuła była znośna, postacie w porządku, dialogi raczej średnie. Świat był piękny, ale nie sądzę, aby po kilku miesiącach wciąż wspominał opowieść w tej produkcji.

Moim zdaniem największym problemem „The Gunk” jest końcówka, szczególnie ostatnia sekwencja, która zabiła powtarzalności. To jest produkcja ze specyficznym rytem. Spacer, rozglądanie się, zagadka i powtórka. Kończąc grę, zburzono ten rytm, być może, aby podnieść dynamikę, ale, moim zdaniem, całkowicie się to nie udało. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że ostatnie 20 minut zabawy pokazuje wszystko to, co jest najsłabsze w tej grze, a nawet psuje pozytywne doświadczenia z prostoty interakcji. Brakuje ciekawego wyzwania, za mało jest materiałów o obcej cywilizacji, a zamknięcie fabuły w formie kilku narysowanych plansz oraz dialogu, to zdecydowanie za mało.

Niestety, w przypadku „The Gunk” zabrakło po prostu dobrego zakończenia. Mimo to chętnie polecę tę grę osobom, które chcą się zrelaksować. Można sobie pobiegać, porozglądać się i obniżyć poziom stresu.