Predator: Strefa zagrożenia nie powinien się udać, a sprawia sporo frajdy. Recenzja nowego filmu Disneya
Predator: Strefa zagrożenia zadebiutował w miniony piątek na ekranach kin. Czy potrzebowaliśmy kolejnego filmu z tego uniwersum w zupełnie innej formie, czyli kosmicznego łowcy w roli protagonisty bez maski i kategorii wiekowej PG-12 ? Już odpowiadam!
Z rezerwą podchodziłem do tego projektu, bo pierwszy zwiastun zupełnie mnie nie przekonał, a Predator bez maski z wyłupiastymi, żółtymi oczami wyglądał po prostu śmiesznie. W zasadzie nie byłem pewny, czy nie będzie to jakaś parodia niebezpiecznego łowcy. Kolejne materiały były już nieco lepsze, a samo nazwisko twórcy Dana Trachtenberga jednak napawało mnie entuzjazmem. Zarówno Predator: Prey jak i brutalna animacja Predator: Pogromca zabójców, mimo że miały swoje mankamenty, to finalnie była to świetna rozrywka, pełna ciekawych pomysłów. Nie ma co jednak ukrywać – były to koncepty łatwiejsze w realizacji, bowiem Predatory były ucieleśnieniem zła i prezentowane jako niebezpieczne istoty bez skrupułów.
Predator: Strefa zagrożenia – recenzja nowego filmu Disneya
Reżyser podjął się próby ukazania Predatora w roli protagonisty, co samo w sobie już jest trudnym zadaniem. Jednak spokojnie, główny bohater filmu – Dek to nie ziomek, z którym można usiąść, wypić kawkę i porozmawiać o słodkich kotkach, które ostatnio zobaczyliśmy na TikToku. To raczej typ, który w DNA ma wpisany mod „zniszczyć, zabić i za dużo nie gadać”. Nieco odpychająca, niespecjalnie urodziwa i sympatyczna jednostka, która ma swój cel i wykorzystuje napotkane postaci, aby ukończyć swoją misję. Punkt wyjściowy jest bardzo prosty.
Dek jest łowcą, który ma już spore umiejętności w walce, ale z racji tego, że urodził się „uszkodzony”, to jego rodzinne relacje bardziej przypominają Sierpień w hrabstwie Osage, aniżeli Pełną chatę. Jest on bowiem bardzo niskim osobnikiem, co ewidentnie nie podoba się jemu ojcu, który mówi krótko – śmierć syna to jedyna opcja, bowiem nie jest godny miana Predatora. Młody jednak nie poddaje się i wyrusza na obcą planetę, aby zabić istotę, której nikt nigdy nie pokonał – Kaliska.
Pobyt zaczyna się ostrym starciem z nieznanymi siłami natury, gdzie nawet roślinki nie ma dobrych zamiarów. Poznaje tam Thię (rewelacyjna Elle Fanning) – Androida, który stracił swoje nogi podczas spotkania z Kaliskiem. Mają jeden cel, a ich współpraca to jedyna możliwość, aby dotrzeć do legowiska potwora. I tak zaczyna się wspólna wyprawa. Brzmi jak kino przygodowe? W rzeczy samej – to film zupełnie inny, aniżeli klasyczna wersja z 1987 roku z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej. Trzeba mieć również świadomość, że kategoria wiekowa mówi wiele. Nie będzie brutalnie, ale i tak nasz Predator wyrywa kręgosłupy, ucina łby, a jucha wypływa z potworów.
Kategoria PG-12 w filmie o Predatorze w teorii nie powinna mieć miejsca
Twórcy sprytnie wybrnęli stosując niższą kategorię wiekową, a jednocześnie serwując dosyć konkretne sceny starć. W całym filmie nie występuje ani jeden człowiek, więc Dek walczy tylko z potworami oraz androidami. Nie ma krwi, ani przekleństw, więc nikogo nie urażają. I to też jest najlepszy moment, aby pochylić się nad aspektami technicznymi. CGI wylewa się (dosłownie) z ekranu i nie zawsze prezentują się one dobrze.
Jak jeszcze Kalisk (który wygląda jakby reżyser zbyt dużo się nagrał w Death Stranding) wizualnie jest dopieszczony, to stróżki zielonego i pomarańczowego osocza wyglądają już nieco gorzej. Same zdjęcia potrafią ucieszyć oko, ale mam wrażenie, jakby spece zastosowali jakiś dziwny, mglisty filtr. Z drugiej strony to dobrze, że planeta nie jest zbyt kolorowa i sterylna.
Dziwny pysk Predatora, CGI i rozszerzenie uniwersum
Na pewno nie będziecie narzekać na nudę i zwroty akcji, które dla wytrawnego kinomana nie będą żadnym zaskoczeniem. Na ekranie dzieje się naprawdę sporo, nie zabrakło również kultowej sekwencji, kiedy główny bohater przygotowuje się do finałowego starcia. Różnicą jest, że protagonista nie jest człowiek, a sam Predator.
I nie będę krył nawet tego, że bawiłem się świetnie. Naprawdę doceniam to, że Dan próbuje zrobić coś nowego w tym uniwersum. Rozszerza to świat Predatorów, grzebiąc nieco w ich lore i prezentując łowcę wybrakowanego, który musi udowodnić swoją wielkość. Ma swoje zabawki, ale nie potrafi sprawić, aby stał się niewidzialny. Brak maski skutecznie utrudnia mu, aby zwiększyło to jego szansę na przeżycie na niebezpiecznej planecie.
Dlatego też współpraca z androidem (i pewną „ziomką”) ma sens. Nie zabrakło też paru chwil na konwersacje – tak, nasz Dek potrafi mówić (oczywiście w swoim dziwnym języku) i przechodzi pewne zmiany. Jak to bywa u Disneya trzeba było zaserwować humor, ale w stosunku do kina akcji jest on świetnie wyważony. Dialogi między Thią a Predatorem są niezwykle urokliwe.
Predator: Strefa zagrożenia to film przygodowy nie bez wad, ale z sercem na dłoni
Predator: Strefa Zagrożenia potrafi być uroczy. Czy film z tego uniwersum powinien taki być? Cóż – zatwardziali fani pierwszych dwóch części pewnie obrzucają mnie w myślach teraz błotem. Ja tam będę bronił tej produkcji, bo otrzymaliśmy coś nowego, rozszerzające świat niebezpiecznych łowców z kosmosu. Trzeba też mieć na uwadze, że Dek jest początkującym hunterem, a więc nie wszystkie jego ruchy są idealne. Jedynie kwestią dyskusyjną jest jego wygląd. Jego żółte, wyłupiaste oczy na początku wyglądają jakby był to chodzący mem. Z czasem przyzwyczajamy się do jego pyska. I przede wszystkim – kibicujemy mu z całych sił.
Czy chciałbym obejrzeć Predatora w kategorii +18? Oczywiście, że tak. Jednak, Predator: Strefa Zagrożenie sprytnie wykorzystuje niższą kategorie wiekową, oferując potyczki pełne uciętych kończyn i głów. Nie jest to produkcja bez wad, ale daje sporo frajdy. To solidnie zrealizowany blockbuster z kategorii kina przygodowego, który nie powinien się udać, a jednak Predator w roli protagonisty – o dziwo działa. Mocne 6/10.




