Audiowizualny odlot, ale pusty w środku. Recenzja filmu Tron: Ares
Tron: Ares już dziś debiutuje na ekranach kinowych – również w wersji 3D IMAX. Ja miałem okazję zobaczyć ten film przedpremierowo i już ślę moją opinię. Czy produkcja, która powstawała nieco w bólach i finalnie nie czekałem na nią w wypiekaniami na twarzy, spełniła moje oczekiwania?
Pierwszy Tron z 1982 roku to był przełom jeśli chodzi o efekty specjalne. Był to pierwszy film, w którym wygenerowano środowisko w sposób komputerowy i połączono je z aktorami. Takie początki CGI. Z kolei kontynuacja Tron: Dziedzictwo z 2010 roku był debiutem reżyserskim Josepha Kosinskiego (twórca takich hitów jak Top Gun: Maverick oraz F1: Film) i był to całkiem udany film. I w pierwszym planie Tron: Ares miał realizować właśnie ten filmowiec. Stało się inaczej, produkcja powstawała nieco w bólach, bo też gruchnęła wiadomość, że Tron: Ares w ogóle nie ujrzy światła dziennego. Takie problemy nigdy nie wróżą dobrze. Czy jednak Joachim Rønning dostarcza nam świetnej rozrywki? I tak, i nie.
Tron: Ares – recenzja nowego filmu Disneya
Czekaliśmy aż 15 lat na kontynuację Tron: Dziedzictwo. Sporo czasu minęło, a i realia technologiczne w obecnym świecie poszły bardzo do przodu. Twórcy postanowili wykorzystać motyw sztucznej inteligencji, która otacza nas ze wszystkich stron. W filmie nawet pada stwierdzenie, że AI ma nie zastępować człowieka, a mu pomagać. Big techy serwują nam taką narrację, a w Tron: Ares rzeczywistość jest zupełnie inna.
Sztuczna inteligencja nie zostaje wykorzystana w sposób etyczny. Dzięki nowoczesnej technologii ultrazaawansowany program Ares (w tej roli Jared Leto) przenosi się z cyfrowego świata do naszej rzeczywistości. I on nie będzie pomagał ludziom, a wręcz odwrotnie. Twórca Julian Dillinger (Evan Peters) chcę sprzedać swoją nowoczesną technologię armii. Broń masowanej zagłady, która ma jeden mankament – poza światem cyberprzestrzeni jest w stanie przetrwać jedyne 29 minuty. Zaczyna się walka o zdobycie kodu, aby Ares utrzymał swoją formę na wieczność.
I cóż – ten skrypt nie jest najlepszy na świecie. Mam wręcz podejrzenia, że przewrotnie, ChatGPT mógł pomóc go napisać. Bardzo pretekstowy, uproszczony, bez większej głębi. W teorii można było wyciągnąć z niego więcej, serwując interesujących bohaterów. Niestety, Tron: Ares to ładnie opakowany produkt, nie serwujący widzom żadnej głębi, a wiele wyświechtanych frazesów. Zanim jednak powiem, co film robi źle, to napiszę o plusach, bo tych jest też całkiem sporo.
Tron: Ares to świetne efekty specjalne i muzyka
Przede wszystkim – film wygląda świetnie, co w przypadku Disneya nie jest takie oczywiste, bo często można zauważyć słabe CGI, czy inne mankamenty. To audiowizualny odlot – szczególnie na dużym ekranie IMAX-a. Brzmi też fenomenalnie. Muzyka Nine Ich Nails ze scenami w czerwonej kolorystyce (szczególnie podczas sekwencji w cyberprzestrzeni) to ogromny plus.
Sceny w sieci są hipnotyzujące. Film świetnie działa, kiedy twórcy w ciekawy sposób chcą nam przedstawić, jak może wyglądać atak hakerski od środka, oczywiście wykorzystując w tym celu elementy Sci-fi. Schody się zaczynają, kiedy obracamy się w świecie rzeczywistym.
Ładnie, ale pusto
Naprawdę nie jest dobrze, kiedy ChatGPT z protokołem zabijania przenika do naszego świata. Wtedy koniecznie, ale to koniecznie nie możecie zadawać pytań. Twórcy nie silą się, aby w jakikolwiek sposób wytłumaczyć pewne zjawiska. Ty jako widz musisz po prostu uwierzyć. A dzieją się tam rzeczy naprawdę dziwne, decyzje bohaterów absurdalne, a wszystko po to, aby na ekranie dużo się działo. Czy z sensem? To już sprawa drugorzędna.
O dziwo – Jared Leto jest dobry w swojej roli. Po jego ostatnich kreacjach (szczególnie w Morbiusie) bałem się nieco przeszarżowanej kreacji, ale na szczęście chłop trzyma fason. Szkoda tylko, że twórcy nie mają za bardzo pomysłu na tę postać, a algorytmy ChatGPT zbyt szybko generują protokół ludzkich emocji. Nie widzę konkretnego punktu zapalnego, aby Ares zaczął przechodzić przemianę. Zabrakło z 10-15 minut więcej, aby dać mu przestrzeń do poznawania naszego świata.
Evan Peters jako biznesmen z kompleksem Boga też daje dobry popis, choć to również bohater, który jest zły, bo scenarzystą tak chciał i zdecydował się, aby nie tłumaczyć jego motywacji. Z kolei Gillian Anderson, wypowiadająca trzy zdania jest totalnie zbędna. Jej braku nikt by nawet nie zauważył.
Tron: Ares bardzo często zaznacza, że AI to nie jest wcale zbawienie dla ludzkości, a wręcz odwrotnie. W pewnym momencie nawet dochodzi do starcia dwóch „chatbotów”. Tylko, że my to wszystko wiemy, albo już to wcześniej widzieliśmy w lepszej oprawie. Wystarczy wymienić, chociażby dwie pierwsze części Terminatora, Ex Machinę, czy nawet M3GAN. Gdyby ten film powstał wiele lat temu, zanim OpenAI rozpoczął swoją ekspansję, to też myślę, że Tron: Ares przyjąłbym o wiele pozytywniej.
Ocena końcowa
Tron: Ares ma parę ciekawych elementów, jak wspominana wcześniej walka programów antywirusowych z włamaniem hakerskim, czy świat Tronu w wersji retro z gościnnym występem Jeffa Bridgesa. Aktorzy robią, co mogą, ale ich motywacje, czy przemiany są dla mnie średnio przekonujące. To ładnie zapakowany produkt, ale niestety pusty w środku.
Nie jest to oczywiście najgorszy film roku, bo może zapewnić rozrywkę mało wymagającym widzom, lub tym, którzy lubią wyłączyć myślenie. Oprawa audiowizualna jest bardzo dobra, ale nie przyćmiewa ona licznych problemów tej produkcji. Ode mnie 5/10 i mam wrażenie, że tylko na duży ekran IMAX-a.




