Wykręciłem już tam 300 godzin. A dalej wracam. Przyznaję, że rzadziej, niż rok temu, ale moja wyspa nie została zapomniana. Wpadam łowić ryby, łapać owady oraz zbierać owoce z mojego sadu. Lubię tę grę, bo mnie relaksuje. Dlatego nie dziwię się, że zdobyła tak dużą popularność w trakcie pandemii. Ludzie zamknięci w domach. Niepewni jutra. A na wirtualnej wyspie spokój i cisza. Zero potrzeb. „Animal Crossing: New Horizons” dało wielu osobom przestrzeń do odetchnięcia od stresującej sytuacji.

Historia wypalenia

Ten tytuł stał się, moim zdaniem przez przypadek, fundamentem dobrej sprzedaży Switcha w 2020 roku. Swoje dołożyły też problemy w dostępności konsol nowej generacji, ale sądzę, że wpływ „Animal Crossing: New Horzions” był dość istotny. Widziałem, jak Internet zalewały recenzje tej gry. Na Twitterze, wśród osób, które obserwuję, popularne stało się pytanie o cenę rzepy.

A potem to wszystko ucichło. Nie nagle, zainteresowanie „Animal Crossing” wypalało się powoli, ale konsekwentnie. Tak jakby Nintendo samo było zaskoczone popularnością tej produkcji. Fani zaczęli tracić cierpliwość, pytali o zawartość znaną z poprzednich odsłon serii. Po stronie twórców zapadła cisza. Okazjonalnie przerywana krótki informacjami o odgrzewanym, sezonowym wydarzeniu.

Dodatek do Animal Crossing, a potem… nic

Aż nastał października 2021 roku! I specjalna edycja Nintendo Direct poświęcona „Animal Crossing: New Horizons”! Została zapowiedziana wersja 2.0, która pojawi się 5 listopada 2021 roku. Będzie też dodatek pozwalający na podjęcie pracy w kurorcie i dbanie o zadowolenie gości. Nowości co niemiara!

A co będzie potem? Nic. Wersja 2.0 to ostatnia, tak duża, bezpłatna aktualizacja gry. Dodatków też więcej nie będzie. Przyznaję, że zaskoczyła mnie ta strategia. W świecie zdominowanym przez gry jako usługi Nintendo zdecydowało się wykorzystać inny model sprzedaży. Ten, który jest bliższy takim graczom jak ja, którzy pamiętają premierę „The Settlers III” lub zagrywali się ze znajomymi w „Heroes of Might and Magic III”. Tak kiedyś było. Gry najczęściej miały jeden duży dodatek, a potem pojawiała się kolejna część.

Nie twierdzę, że jest to złe podejście. Uważam je po prostu za nietypowe w dzisiejszych czasach. Ta gra nie ma żadnej dodatkowej monetyzacji, żadnego sklepu premium ze specjalną walutą. „Animal Crossing: New Horizons” jest pozbawione nawet przepustki sezonowej ze specjalnymi nagrodami i koniecznością kupowania go przynajmniej raz na kwartał. Sądzę, że tak wyglądałaby ta gra, gdyby należała, na przykład, do Electronic Arts. Pewnie jeszcze byłaby przeładowana lootboksami, bo przecież EA lubi dorzucić jakieś karty, żeby było co zbierać.

Jako fan „Animal Crossing: New Horizons” jestem zadowolony z takiego rozwiązania. Mam jasną sytuację. Będą jakieś mniejsze łatki, żeby utrzymać grę w dobrym stanie, ale na nic większego nie mogę liczyć. Jeden dodatek to może i trochę mało, ale myślę, że mnie w zupełności wystarczy.

Ta gra będzie istnieć dalej. Moja wyspa będzie żyła, a ja będę się cieszył ze złapanych ryb oraz zastanawiał się, jak w tym miesiącu ma wyglądać mój park. Tylko że Nintendo nie byłoby sobą, gdyby nie zrobiło czegoś dziwnego. W ramach rozszerzonej wersji Nintendo Switch Online będzie można mieć dostęp do jednego tytułu. Nawet nie do gry, ale do nowego dodatku do „Animal Crossing: New Horizion”.

A co z podstawową wersją gry? Nintendo zaprasza do eShopu, żeby dokonać zakupu. Nintendo Switch Online daje sporo różnych bonusów, jak chociażby dostęp do starych gier znanych z NES-a, ale ja mam ten abonament wykupiony tylko po to, aby mieć możliwość grania online w „Monster Hunter: Rise”. Dorzucenie dodatku, bez wersji podstawowej, do rozpoznawalnej gry, jest dla mnie dziwną decyzją. Taką w stylu Nintendo.

W świecie abonamentów na gry, takich jak Xbox Game Pass lub Ubisoft+, japońska firma ponownie podąża swoją drogą. Daje dodatek. Bez podstawki. Dlaczego?