Czy mógłbym pominąć grę, w której przemierzam obcą planetę mechem? Przeczytajcie moje wrażenia nt. „Riftbreaker”.

Nie mógłbym. Od pierwszych materiałów promocyjnych, wiedziałem, że będę grał w „Riftbreaker”. Mech, obca planeta, odbieranie ataków oraz rozbudowywanie bazy. Czego mógłbym chcieć więcej? Coś by się na pewno znalazło, ale gdy zobaczyłem, że od premiery „Riftbreaker” będzie dostępny w ramach Xbox Game Pass, to wiedziałem, że czas wsiąść do wirtualnego mecha. I rozpocząć ekspansję na obcej planecie. Przy udziale niezbyt zadowolonych mieszkańców.

„Riftbreaker” to przyjemne połączenie kilku gatunków. Miłośnicy hack’n’slashy znajdą tutaj porządnie zrealizowaną walkę z możliwością wykorzystywania różnych broni. Rozwalenie hordy przeciwników za pomocą młota oraz miotacza ognia potrafi być bardzo satysfakcjonujące. Jest też coś dla osób lubiących strategie. Budowanie bazy wymaga nie tylko zmysłu przestrzennego, ale także dbania o dostawy zasobów.

Riftbreaker – fabuła

„Riftbreaker” to produkcja opowiadająca o tym, jak ludzie potrafią wszystko zniszczyć, bo tym zajmowałem się w grze. Zieleń powoli zastępował szary kolor moich budynków. Znikały lasy, ponieważ potrzebowałem materii organicznej do moich elektrowni. Po kilku godzinach gry, dziewiczą planetę przecinały rury oraz linie energetyczne zapewniające prąd. Moja baza powoli, krok po kroku, pożerała dostępne zasoby.

Od czasu do czasu eksplorację i eksterminację, przerywał atak obcych, którzy za wszelką cenę próbują się mnie pozbyć. Zmierzają w kierunku mojej głównej bazy, ale nie oszczędzają przy tym żadnego posterunku. Rozwalają wszystko, co stanie im na drodze. Na początku, na normalnym poziomie trudności, byli dla mnie pewnym wyzwaniem. Ale po opracowaniu kilku technologii oraz porządnym uzbrojeniu mecha, zauważyłem, że miażdżę ich bez większych strat w budynkach.

Dlatego zachęcam do podkręcenia sobie poziomu trudności. W końcu „Riftbreaker” to też forma survivalu! Opowieść o przetrwaniu! Nie tylko ataków wrogich istot, ale także różnych katastrof. Od tornad, przez trzęsienia ziemi. Zresztą efekty pogodowe w grze interesująco wpływają na samą rozgrywkę. Opad gradu niszczy budynki. Długotrwała burza mocno kręci turbinami, ale ogranicza energię produkowaną przez panele słoneczne. Dlatego w „Riftbreaker” ważne jest dywersyfikowanie produkcji.

Czy warto?

Gra ma sporo mocnych stron, widać, że została dopracowana. Ma porządny flow rozgrywki, który potrafi wciągnąć na wiele godzin. Nie jest tak skomplikowana jak „Factorio”, ale potrafi dać w kość. Szczególnie na wyższych poziomach trudności i w trybie przetrwania.

Natomiast dużym minusem „Riftbreaker” jest kiepski sposób zarządzania informacjami. Brakowało mi jakiegoś dobrego okna podsumowania zużycia i produkcji zasobów. A drzewko badań to już w ogóle jest jakaś tragedia. Dużo powtarzających się ikon, konieczność klikania i czytania każdego opisu oddzielnie. Tak samo jest przy zarządzaniu mechem. Kilka różnych slotów dla broni, umiejętności oraz ulepszeń. Tutaj czasem czułem się przytłoczony tym, co widziałem na ekranie. Myślę, że tym elementom przydałaby się większa czytelność.

„Riftbreaker” pozwala na zbudowanie wielkiej bazy oraz opracowanie sprawnego systemu produkcji. Eksplorację napędza konieczność zdobycia specjalnego materiału, który jest dostępny tylko w konkretnym biomie. Do tego dochodzą jeszcze odporności przeciwników wymuszające tworzenie różnych systemów obronnych. „Riftbreaker” ma wiele warstw i uważam, że jest to jedna z ciekawszych produkcji łączących kilka gatunków.