Canon PowerShot V1 – Mały sprzęt, duże możliwości. Sprawdziłem dlaczego kompaktowe aparaty wracają do łask
Wróciłem właśnie z Rzymu, gdzie przez kilka dni testowałem Canon PowerShot V1 – i przyznam szczerze, że ten wyjazd zmienił moje podejście do kompaktowych aparatów.
Przed tym wyjazdem postawiłem sobie jedno zadanie – sprawdzić, dlaczego kompaktowe aparaty wracają do łask, bo to, że wracają, jest faktem, któremu trudno zaprzeczyć. Widać to wyraźnie zarówno w kolejnych raportach sprzedaży, jak i obserwując premiery nowych modeli.
Kompakty z roku na rok radzą sobie coraz lepiej i pojawia się ich na rynku coraz więcej. Sam Canon w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy zaprezentował testowanego PowerShota V1, ale też odświeżył IXUS 285 HS i wypuścił specjalną, jubileuszową wersję PowerShot G7 X Mark III – 30th Anniversary Edition. A to dopiero początek, bo wszystko wskazuje na to, że rok 2026 będzie dla japońskiej marki czasem wyraźnego zwrotu w stronę kompaktów.

Czym właściwie jest Canon PowerShot V1
Canon PowerShot V1 zadebiutował na początku zeszłego roku na rynkach azjatyckich, by po kilku tygodniach trafić także poza ten kontynent. V1 to kieszonkowy aparat oferujący intuicyjne funkcje filmowania 4K. Ze względu na swoje gabaryty stanowi świetne rozwiązanie dla użytkowników, którym zależy na mobilności. Miałem okazję uczestniczyć w jego przedpremierowej prezentacji, przygotowując dla Was pierwsze wrażenia z jego testowania. Wtedy trochę żałowałem, że impreza odbywała się w miejscu z niezbyt sprzyjającym oświetleniem. Teraz wreszcie mogłem przyjrzeć mu się bliżej i przetestować nie tylko jego możliwości wideo, ale także fotograficzne.
Budowa i jakość wykonania PowerShota V1
W jednej z wcześniejszych recenzji aparatów Canona pisałem, że firma przyzwyczaiła nas do pewnego standardu wykonania swoich urządzeń. Niezależnie od tego, czy sięgacie po profesjonalnego pełnoklatkowego bezlusterkowca typu R5, model z matrycą APS-C dla amatorów, jak Canon R10, czy właśnie kompaktowego V1 – poziom jakości pozostaje bardzo zbliżony. Aparat wykonano z tworzyw sztucznych, których jakość oceniam bardzo dobrze. Mimo niewielkich rozmiarów, dzięki małemu, ale dobrze wyprofilowanemu gripowi, sprzęt pewnie leży w dłoni.

Spory wlot powietrza z boku obudowy oraz tally lamp umieszczony na froncie zdradzają jego filmowe zacięcie. Aparat wyposażono w charakterystyczny dla Canona wychylany w dwóch osiach 3-calowy, dotykowy wyświetlacz LCD o rozdzielczości 1,04 miliona punktów. Na pokładzie znajdziemy również gniazdo HDMI, wejścia mikrofonowe i słuchawkowe oraz port USB, który umożliwia także ładowanie urządzenia. Jak przystało na Canona, obsługa jest wygodna i intuicyjna – jeśli korzystaliście wcześniej z jednego modelu tej marki, bez problemu odnajdziecie się w każdym kolejnym. To jedna z największych zalet produktów japońskiego producenta.
Canon PowerShot V1 optyka i funkcje foto
Choć przedrostek „V” oraz kilka innych elementów sugerują, że mamy do czynienia głównie ze sprzętem do wideo, pozwólcie, że zacznę od fotografii – to obszar, który jest mi zdecydowanie bliższy. PowerShota V1 wyposażono w 1,4-calową matrycę CMOS (18,4 × 12,3 mm) o efektywnej rozdzielczości 22,3 MP (23,9 MP całkowitej) oraz procesor DIGIC X. Najciekawiej robi się jednak przy obiektywie – mamy tu 3.1-krotny zoom optyczny o zakresie 8,2–25,6 mm (ekwiwalent 16–50 mm). Jeśli dodamy do tego jasność na poziomie f/2.8–4.5 oraz stabilizację obrazu (OIS), otrzymujemy zestaw, który wyróżnia się na tle innych kompaktów. I to zdecydowanie na plus. Konstrukcja optyczna składa się z 9 elementów w 8 grupach, w tym 5 elementów asferycznych.

Już na pierwszy rzut oka widać, że Canon nie zapomniał o fotografach – na obudowie znajdziemy pokrętło z klasycznymi trybami PASM, czyli P, Av, Tv i M. Co ważne, aparat umożliwia zapis zdjęć w formacie RAW. Już podczas azjatyckiej premiery zauważyłem, że PowerShot V1 jest wyjątkowo szybki – pozwala wykonywać zdjęcia z prędkością do 30 klatek na sekundę. Model wyposażono również w system Dual Pixel AF II, który zapewnia precyzyjne ustawianie ostrości. Na pokładzie znajdziemy także tryb panoramiczny, HDR czy bracketing ostrości.
Canon PowerShot V1 funkcje wideo
Jeśli chodzi o wideo, Canon PowerShot V1 umożliwia nagrywanie w jakości 4K UHD (3840 × 2160) do 30 kl./s z wykorzystaniem całej matrycy oraz do 60 kl./s z cropem 1.4x. Umożliwia także rejestrację 10-bitowego materiału w Canon Log 3. Producent zadbał też o odprowadzanie ciepła – wbudowany wentylator pozwala na nagrywanie nawet do dwóch godzin bez przerwy. Dodatkowo znajdziemy tu fizyczny, trzystopniowy filtr ND, który ułatwia pracę w jasnych warunkach.

Twórcy docenią również natywną możliwość prowadzenia transmisji na żywo na YouTube. Gdy ktoś pyta mnie, jak wejść na wyższy poziom w tworzeniu materiałów, zawsze podkreślam jedno – kluczowy jest dźwięk. PowerShot V1 pozwala nagrywać go w jakości 16-bitowej w formacie AAC lub PCM, a wbudowany wielokapsułowy mikrofon sprawdzi się w wielu zastosowaniach. Warto też zwrócić uwagę na nową stopkę umożliwiającą podłączenie cyfrowych mikrofonów i innych akcesoriów.
Canon PowerShot V1 skrócona specyfikacja
Poniżej znajdziecie kilka najważniejszych parametrów testowanego aparatu.
| Matryca | 1,4 cala, około 23,9 megapiksela |
| Procesor | DIGIC X |
| Ogniskowa | 8,2–25,6 mm (ekwiwalent 16–50 mm) |
| Zoom optyczny | 3.1x |
| Przysłona | f/2.8–4.5 |
| Konstrukcja optyczna | 9 elementów w 8 grupach, w tym 5 elementów asferycznych |
| Autofokus | Dual Pixel CMOS AF |
| Wymiary (szer. × wys. × dł.) | 118,3 × 68,0 × 52,5 mm |
| Masa | 426 g |
Jak Canon PowerShot V1 spisał się w Rzymie?
No dobra, było już o założeniach firmy na ten sprzęt, była specyfikacja i możliwości aparatu, czas więc odpowiedzieć na pytanie, jak Canon PowerShot V1 spisał się podczas mojego wyjazdu. Aparat podczas krótkiego city breaku miał mi służyć do dwóch rzeczy. Po pierwsze, miał to być sprzęt, który będzie cały czas przy mnie i który zastąpi mi telefon do robienia zdjęć rodzinnych i pocztówkowych. Smartfon na wyjeździe służy mi jako nawigacja, portfel, notatnik czy wreszcie miejsce, w którym przechowuję bilety do muzeów czy innych atrakcji. Wprawdzie korzystam z nowego smartfona, o którego baterię nie muszę się martwić, o tyle przerywanie nawigowania czy innej czynności, by zrobić zdjęcie, nie jest najwygodniejsze. Po drugie, aparat miał mi dać możliwość strzelenia kilku streetowych zdjęć, szczególnie takich, które wykorzystam w tworzonych od kilku lat projektach, bez obawy, że będą odstawały jakością od pozostałych, zrobionych wcześniej w innych miejscach, przy użyciu innych, często droższych sprzętów.
Choć na wyjeździe miałem ze sobą także swojego bezlusterkowca z dwoma obiektywami, ani razu nie opuścił on apartamentu. To niech będzie najlepsze podsumowanie tego, jak spisał się PowerShot V1 podczas tej eskapady. Ale przejdźmy do konkretów. Z bezlusterkowcem wziąłem obiektywy 16 i 35 mm, więc zakres 16–50 mm jest nawet większy niż mój codzienny setup. Jeżeli chodzi o przysłonę, to na najdłuższej ogniskowej mogłoby być odrobinę jaśniej, ale f/4.5 to też nie jest najgorszy wynik, zwłaszcza kiedy, tak jak w moim przypadku, większość Waszych zdjęć powstaje na zewnątrz. Bardzo spodobały mi się niewielkie gabaryty aparatu, które pozwalały mi nosić go w kieszeni spodni, bluzy czy w saszetce. Dwa razy wpadłem w małą panikę, myśląc, że go zgubiłem, bo w ogóle nie czułem go w kieszeni.
Jeśli chodzi o obrazek, był dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Przy ogniskowej 16 mm pojawia się co prawda dystorsja i winietowanie, ale są one skutecznie korygowane już na poziomie aparatu, a obróbka RAW-ów w Lightroomie nie sprawia problemów. Przy wysokich czułościach widoczne jest odszumianie, jednak trzeba pamiętać, że to nadal kompakt w atrakcyjnej cenie – pewne kompromisy są więc naturalne. Na plus zdecydowanie wyróżniają się dynamika i zakres tonalny.
Paradoksalnie najmniej poświęciłem w swoim teście kwestii wideo, mimo że to aparat, który powstał przede wszystkim do nagrywania. To świadomy wybór, ponieważ po pierwsze, wyjazd, na który go zabrałem, nie dawał mi za wiele przestrzeni na nagrywanie formatu vlogowego, w którym zresztą nie czuję się najlepiej, a po drugie, wideo szerzej testowałem podczas eventu przedpremierowego, z którego relację możecie przeczytać na łamach stałki. Podzielę się jednak kilkoma wrażeniami z filmowania przy użyciu V1. Przede wszystkim gdybyśmy w dailywebie wciąż bawili się w nagrywanie różnych formatów wideo, to byłby pierwszy sprzęt, w który zainwestowałbym pieniądze. Po pierwsze, dlatego, że daje świetny obrazek w 4K, a dodatkowo w preferowanych przeze mnie 30 kl/s, ma bardzo dobrze działającą stabilizację obrazu, co dla mnie jest bardzo ważne, a czego nie doświadczymy w wielu konkurencyjnych aparatach. Po drugie dlatego, że zmiennoogniskowy obiektyw pozwala nagrywać szereg scen, od vlogów z ręki, przez krótkie formy w pionie, prezentacje produktu, po recenzje, w których potrzebuję węższego obrazu.
Czas na odpowiedzenie sobie na pytanie postawione w tytule – dlaczego kompaktowe kamery, takie jak PowerShot V1 wracają do łask? Wydaje mi się, że składa się na to kilka powodów. Po pierwsze, coraz więcej osób, które do tej pory nagrywały telefonami, chce zrobić krok do przodu pod względem jakości obrazka czy głębi ostrości, nie rezygnując przy tym z mobilności. W takim scenariuszu PowerShot V1 mieni się jako świetna alternatywa zarówno smartfonów, jak i zdecydowanie większych bezlusterkowców, które są droższe i większe, a w wielu scenariuszach nie dadzą dużo więcej niż właśnie kompakt typu V1. Po drugie, to w końcu poziom rozwoju elektroniki doszedł do tego etapu, że klient nie musi godzić się na większe kompromisy w żadnym z trzech kluczowych aspektów – ceny, jakości obrazka i rozmiaru sprzętu. W związku z tym Canon mógł zaoferować atrakcyjnie wyceniony, niewielki sprzęt, nagrywający wideo z jakością, która kilka lat temu była zarezerwowana dla większych i droższych rozwiązań. Po trzecie wreszcie, w ostatnich latach obserwujemy prawdziwy boom na treści wideo, więc za popytem musi iść podaż.
Nic mi więcej nie potrzeba! Przetestowaliśmy Canon R5 Mark II z 15-35mm F2.8L
A sam aparat? Kilka dni temu, na jednej z grup poświęconych sprzętom Canona, rozmawiałem z innym użytkownikiem i obaj zgodziliśmy się co do jednego – żałujemy, że mieliśmy okazję go testować, bo teraz mamy ogromną ochotę go kupić. I to chyba najlepsze podsumowanie czasu spędzonego z Canonem PowerShot V1.





























