Thule Paramount – bo plecak na rowerze może być wygodny
Tej zimy obiecałem sobie, że powalczę z dojazdami do biura, na rowerze. Mam doskonałe opcje związane z zapleczem i infrastrukturą, a i na zdrowie wyjdzie doskonale. Sęk w tym, że kilka lat wcześniej pozbyłem się mojego systemu sakw do przewożenia gratów i postanowiłem, że tym razem zrobie to inaczej i spróbuje z… plecakiem, których tak bardzo zawsze unikałem. Zwróciłem się do Thule o testy plecaka Thule Paramount, a oto kilka moich najważniejszych wrażeń.
Przede wszystkim miałem tutaj bardzo wyraźny scenariusz. Podróże do biura, okolice 25km w jedną stronę i co najwygodniejsze, to profil trasy poranny był zawsze nieco bardziej komfortowy niż powrotny, bo było sporo z górki. W biurze cala infrastruktura, prysznice, szafki dla rowerzystów, scenariusz idealny. Zdziwiłem się jednak ile gratów jest do zabrania ze sobą i nie było mowy, by zmieściła się całość do niewielkiego plecaka, o zgrozo. W zestawie m.in obuwie, ręcznik, ciuchy na przebranie, śniadanie, komputer i akcesoria, kosmetyki i klapki (te akurat jednorazowo). Kawał szpeju jak się okazuje, wszystko się zmieściło do Thule Paramount w wersji 28l, ale dużo więcej bym już nie upakował.
Stałem się commuterem
Nie powiem tyle szpeju na plecach to nowe doświadczenie i nie można tu mówić o żadnym komforcie, ale to dalej lepsze niż stanie w porannych korkach. Tym bardziej, że dojazd rowerem sumarycznie wychodził kilka minut szybciej, niż poruszanie się w porannych korkach (dojazd z sypialni Trójmiasta).
Całość gratów systemowo i umiejętnie spakowana, w systemie dobrze przemyślanych kieszeni i przegród, to coś, do czego Thule nas przyzwyczaiło. Konstrukcja plecaka składa się z głównej, dzielonej komory i bocznych kieszeni, do których jest szybki dostęp. W bocznych trzymałem zawsze graty takie jak telefon, karty dostępu do biura, telefon czy etui od słuchawek, a i miejsce na multitoola i pompkę się znalazło. W środku tych kieszeni mamy jeszcze dodatkowe podziałki przestrzeni, by móc zarządzać zawartością jeszcze sprawniej. Poniżej mamy dodatkowe kieszenie na rzepy, z równie szybkim i łatwym dostępem.
Plecak otwierany jest w górnej części klapą z zamkiem, która sama skrywa dodatkową kieszeń, gdzie akurat ja często chowałem śniadanie, by nie zgnieść go zawartością plecaka. Jeśli natomiast zajrzymy do głównej komory plecaka, to znajdziemy tam sporo rozwiązań, wspomagających organizacje zawartości. Przede wszystkim mamy wydzieloną przestrzeń na laptop i nieco mniejszą jak np. na tablet, a poniżej siatkowa kieszeń z zamkiem na akcesoria. Zaprojektowana przestrzeń plecaka to 28 litrów, ale jest dostępna także wersja mniejsza, o pojemności 20 litrów. Smaczkiem jest dodatkowo schowana w dolnej kieszeni odblaskowa osłona przeciwdeszczowa. Pomimo, że nie raz siąpiło, gdy jechałem, to w zasadzie nigdy nie było konieczności jej wyciągania w moim przypadku.
Co ważne w kontekście plecaka, to mnogie możliwości regulowania pasków na plecy. Możemy je regulować od górnej strony (uchwytu), która ma służyć ustawieniu go komfortowo na barkach, najpewniej w sytuacji, kiedy mamy go całego upchanego lub nieco mniej. Oczywiście naciągnięcie i przyleganie do pleców regulujemy w dolnej części pasków. Prócz tego możemy go zapiąć wokół klatki piersiowej i wokół pasa, by mieć większą stabilność. U mnie przez gabaryt zawartości, zawsze oba były zapięte.
Jeśli chodzi o materiały użyte, to cechą charakterystyczną na pewno jest czarny nylon, który pokrywa centralną część plecaka. To właśnie ona była narażona na największe błoto, wyrzucane przez tylne koło. Nie było mowy, by zawartość kiedykolwiek ucierpiała, a samą powierzchnię często przecierałem wilgotną szmatką, by usunąć największe błoto.
Jeśli chodzi o sam komfort, to ciężko się tutaj umiejętnie poruszać, bo sam plecak był bardzo wygodny, ale oczywiście ciężar zawartości odczuwalny, szczególnie na miejscu styku siodełka i mojego ciała, gdy oczywiście plecak zgodnie z prawami fizyki dociskał te elementy ze sobą, podczas jazdy na nierównej powierzchni. To jednak oczywiście cena, jaką przyjdzie płacić za bycie prawdziwym commuterem. Plecak spisuje się na medal i jest na pewno doskonałą opcją dla kogoś, kto ma scenariusz podobny do mojego. Oczywiście dobre planowanie to też strategia, by zostawiać najwięcej jak się dało, by nie ciągnąć tego na plecach, ale ja akurat do biura jeździłem nieregularnie, więc niestety za każdym razem musiałem zabierać ze sobą komputer i akcesoria, które stanowiły jeden z najcięższych elementów.
Oczywiście warto dodać o wszystkich, nieco mniej oczywistych aspektach, takich jak np. certyfikat bluesign®, który ma ten plecak, co oznacza w praktyce Thule, cytując: przestrzega najwyższych standardów w zakresie ochrony pracowników, konsumentów i środowiska.
Bez wielkich zaskoczeń, plecak Thule trzyma doskonałą jakość, jest przemyślany konstrukcyjnie, a przede wszystkim przeznaczony do wymagających okoliczności. Jeśli akceptujecie to, że szpej musi wylądować na Waszych plecach, to Thule Paramount da Wam maksymalny komfort, jaki tylko w tych okolicznościach jest możliwy.














