Czy granie w chmurze ma szansę zastąpić tradycyjny model rozrywki?

W tym roku opłakiwaliśmy (lub raczej świętowaliśmy) zamknięcie usługi Google Stadia. Gdy pojawiła się na rynku, była czymś w rodzaju smutnego żartu. Możliwość grania w nowe, wymagające tytuły na słabszym sprzęcie byłaby spełnieniem marzeń graczy, natomiast konieczność oddzielnego zakupu gier specjalnie do aplikacji Stadii oraz ogromne problemy z płynnością doprowadziły do tego, że nikt nie traktował tej funkcji jako równorzędnej platformy do grania. Natomiast cloud gaming jako usługa się rozwija dzięki przede wszystkim dwóm platformom – NVIDIAGGeForce Now oraz Gamepass. Porozmawiajmy o tym, co te dwie aplikacje zrobiły lepiej od Google Stadia oraz o tym dlaczego przez ponad dwa lata płaciłem za platformę NVIDIA, oraz dlaczego nie robię tego aktualnie.

Granie w chmurze

Granie w chmurze: na plecach Stadii

Nvidia GeForce Now oraz Gamepass nie popełniły błędów Google Stadia. Po pierwsze obie usługi nie wymagają zakupów gier w przeznaczonym do tego sklepie. Zamiast tego Nvidia pozwala na granie w posiadane już tytuły poprzez Steama, Uplay, Epica itd. (trochę się ich namnożyło). Usługa Xboxa, daje nam do dyspozycji w pakiecie solidną bibliotekę gier, które możemy ograć.

Da się w to grać?

Z uwagi na mojego słabego laptopa, dużo grałem poprzez NVIDIA GeForce Now. Przeszedłem dzięki niej m.in.: Wiedźmina 3, Assassin’s Creed Origin oraz Valhalle. Komputery, z którymi się łączysz, umożliwiają zagranie na najwyższych ustawieniach graficznych. Jest to świetna opcja, ale pamiętać należy, że na starszych PC-ach oraz smartfonach, można nie odczuć różnicy w rozdzielczości oraz klatkach na sekundę. Odradzam też granie przez Wi-fi, zanim kupiłem kabel do internetu, jakikolwiek domownik, który korzystał z domowej sieci, uniemożliwiał mi komfortową rozgrywkę. Natomiast te niedociągnięcia dalekie są od problemów Stadii. Nie miałem wyraźnych opóźnień, obraz był płynny i usługa nie powodowała obciążeń w grach sieciowych.

Granie w chmurze

Wszystko, co dobre kiedyś się kończy

Wspominałem na początku, że nie korzystam aktualnie z NVIDIA GeForce Now. Powody te w uniwersalny sposób ukarzą nieuniknione wady usług CloudGamingowych. Po pierwsze wymagany jest szybki internet. Nvidia podaje 25 Mbps jako minimum dla 60 FPS. Natomiast z doświadczenia wiem, że platforma ta wyczulona jest na wszelkie zmiany w prędkości, nierzadko musiałem w połowie gry zmienić serwer, z jakim się łączyłem, gdyż jakiś zaczynał być przeciążony. Gdy w związku ze studiami przeprowadziłem się do akademika, gdzie nie ma światłowodów, jak w moim rodzinnym domu wiedziałem, że oznacza to pożegnanie z cloud gamingiem.

Nie był to jednak jedyny powód. NVIDIA zwiększyła cenę swojej usługi, kosztowała ona kiedyś 25 zł, co moim zdaniem było ceną rozsądną. Niestety podniesiono miesięczny koszt abonamentu do 50 zł, co sprawiło, że dopisanie zielonych jako kolejnej subskrypcji przestało być tak łatwą decyzją. Dodatkowo dochodzi powód dotyczący samej NVIDIA – mała biblioteka gier. Tzn. Na papierze firma może się pochwalić dużą ilością tytułów, natomiast w większości są to gry indie, które nie wymagają mocnego sprzętu. Gier AAA nie ma niestety, aż tak dużo (większość tegorocznych premier jak God of War, czy Hogwart Legacy nie ogracie poprzez tę usługę).

Większość tych zarzutów można dopisać do także na konto GamePassa, (poza oczywiście kwestii biblioteki), natomiast warto pamiętać, że CloudGaming jest jedynie dodatkiem do abonamentu z grami, a nie usługą samą w sobie. Reasumując, granie w chmurze nie jest już jedynie mrzonką, czy ciekawostką natomiast do dziś dzień nie kojarzy się on czysto pozytywnie i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić.

RTX 4070 Ti z pięcioma wentylatorami? W tym szaleństwie jest metoda

Autor: Szymon Stankiewicz