Voigtlander Vitolux 28-110 – analogowy aparat, który nie istnieje? Pierwsze wrażenia #analoglife
Nie ma o nim grama informacji w sieci.
Dla odmiany ostatnich prezentacji na stałce, czas na sprzęt, który należy raczej do tych prostszych konstrukcji, a ja zostałem zwabiony to jego zakupu nazwą marki Voigtlander jak i jego bardzo rozsądną ceną. Dzisiaj kilka pierwszych wrażeń o aparacie, który wygląda na to, że nie istnieje. Poznajcie Voigtlander Vitolux 28-110.
Dotychczas pokazaliśmy Wam efekt naszych ostatnich zakupów w postaci pięknego i bardzo zgrabnego Rolleiflexa SL35 E, legendarnego Canona AE-1 w cenie obiektywu, który był do niego dołączony, a także Canona T70, paskudę, która rozkochała mnie w sobie, tuż po tym, gdy wziąłem go w swoje ręce. To wszystko jednak początek, bo kolejka aparatów już czeka na to, żeby pokazać się na stałce, ale o tym wkrótce. Dzisiaj o sprzęcie, który nieco od tej majestatycznej stawki odstaje, bo jest prosta, tania i ma zooma. Voigtlander Vitolux 28-110.

Zabawne, bo poszukując informacji o tym aparacie w sieci, nie znalazłem kompletnie nic. Nie wiem, czy to kwestia jego niepopularnej nazwy lub faktu, że funkcjonował np. w Europie pod innym określeniem, fakt jest taki, że w sieci nie pisał o nim nikt. Tym bardziej byłem zainteresowany, żeby go kupić, chociaż nie składał żadnej obietnicy dobrej jakości, zarówno w postaci wizualnej jak i technicznej.

Voigtlandera kupiłem z pięknym skórzanym etui, które pasuje jak ulał do aparatu, ale nie ma żadnego sygnowania marki. Vitolux to klasyczny point’n’shoot, ale w dodatku z zoomem od ogniskowej 28 mm do 110 mm. Nie wiemy nawet, jak wygląda kwestia przysłony, ale skoro się nią nie chwalą, to znaczny najpewniej, że nie ma czym. Testy takich aparatów są najciekawsze, bo nie stawiają one w głowie kompletnie żadnych oczekiwań. Podchodzi się do takich aparatów z kompletnie chłodną głową, co w efekcie często daje ogromną satysfakcje z robienia zdjęć, jak i całkiem zaskakujący efekt końcowy.

Konstrukcja tego malucha w zasadzie nie odbiega od klasycznego rozumienia prostych aparatów analogowych. Mamy włącznik koło spustu migawki, niewielki ekran obok z licznikiem wykonanych zdjęć, oczywiście nie zabrakło lampy, sterowania zoomem dwoma przyciskami, czy ustawienia lampy albo samowyzwalacza. Kompletna klasyka. Ciekawostką jest ustawienie wizjera, który jest mniejszy niż paznokieć małego palca u ręki. Jest tak mały i niepraktyczny, że już rozumiem co przeżywają niektórzy użytkownicy popularnych Contaxów z serii G.

I w zasadzie to koniec rewelacji związanych z tym aparatem, prócz tego, że to moim zdaniem bardzo zgrabna i mogąca się podobać konstrukcja. Nie jest on większy niż popularny mju I od Olympusa, więc z łatwością można go zabrać ze sobą wszędzie. Jak sprawdzi się jednak w boju? Jestem ciekawy, bo mam wrażenie, że może zaskoczyć, chociaż takie myślenie zaczyna budować wspomniane oczekiwania. Wkrótce gdy w końcu trafi się nieco lepsza pogoda, będziemy go testować, a efekty pokażemy Wam jak zwykle na stałce.
analoglife vitolux 28-110 voigtlander
Last modified: 21 stycznia 2025

[…] wkrótce zobaczycie na stałce, a część z nich już pokazaliśmy w pierwszych wrażeniach (Voigtlander Vito 28-110, Canon AE-1, Canon T70 czy Rolleiflex SL35 E). To dopiero wierzchołek góry lodowej, bo jeszcze […]