Wszystko za sprawą cieszącego się popularnością „Valheim”. Ze względu na to, że gra jest we wczesnych dostępie, byłem sceptycznie nastawiony. Jednak jeden ze znajomych, zareklamował mi ją jako połączenie „Don’t Starve” i „Minecrafta”. W obu tych tytułach spokojnie spędziłem z dwie setki godzin. Jak, po takiej reklamie, miałbym nie spróbować zabawy w „Valheim”. Musiałem. Moja przygoda zaczęła się w dość nietypowy sposób.

Najpierw zagrałem sam, żeby zobaczyć, jak wygląda świat, sterowanie postacią, zbieranie materiałów oraz jak tworzy się przedmioty. Było przyjemnie. Okazało się, że nieźle zrealizowana. Trzeba pilnować wytrzymałości, robić uniki i blokować ciosy. Do wyboru jest kilka broni, ja zdecydowałem, że zostanę włócznikiem, który do obrony używa tarczy. Kilka śmierci później zrozumiałem, w jaki sposób zarządzać paskiem zdrowa, skąd brać pożywienie oraz poznałem sekwencje ataków pierwszych przeciwników. I tutaj muszę od razu wskazać element, który przyciągnął mnie do „Valheim”.

Eksploracja. Uwielbiam produkcje, w których poznaję świat po kawałku. Odkrywam mapę, poszukuję punktów orientacyjnych oraz uczę się optymalnego zbierania i przetwarzana surowców. Już we wczesnym dostępie „Valheim” oferuje sporo.

Warto także zwrócić uwagę na system budowania. To nie jest zwykłe układanie i dopasowywanie elementów poszczególnych struktur. Trzeba brać pod uwagę ciężar oraz wytrzymałość poszczególnych fragmentów. Nie należy także zapominać o nierównościach terenu! Efekt? Postawienie zwykłej wiaty wymaga przemyślanie tego, co chce się robić. A budowa pierwszej chatki dostarczyła mi tyle samo radości, co frustracji. Jednak mnie w dalszym ciągu najbardziej pociągała eksploracja. Dlatego zacząłem wypuszczać się na spacery po mrocznym lesie oraz chętnie polowałem na zwierzynę. Spotkanie z pierwszym bossem zakończyło się spektakularną klęską. A pokonać go trzeba, ponieważ, w przeciwnym przypadku, nie pojawią się nowe struktury. Bez nich nie będzie możliwości ulepszenia ekwipunku i dalszej eksploracji świata.

Mimo to nie sądzę, aby „Valheim” mógł oferować sporo dla pojedynczego gracza. Zauważyłem to dopiero, gdy mojego świata dołączyło kilku znajomych. Eksploracja stała się przyjemniejsza, podobnie jak i rozwój naszej niewielkiej osady. Podzieliliśmy się zadaniami i rozpoczęliśmy podbój wirtualnego świata.

Zastanawiam się też, jak szybko wypali się popularność „Valheim”. Obecnie sprzedaje się znakomicie, ale dużo będzie zależało od tego, jak tytuł będzie dalej rozwijany. To, co jest dostępne, można śmiało nazwać solidnym fundamentem i grywalną produkcją. Na pewno siłą „Valheim” jest nastawienie na współpracę, tutaj gracze walczą o przetrwanie z cyfrowym światem. Ale podstawową słabością jest brak silnie określonego celu. Oczywiście, w świecie „Valheim” są porozrzucane wskazówki dotyczące kontekstu, w jakim znajduje się gracz, ale na próżno szukać dziennika zadań. Tutaj ważniejsza jest swobodna eksploracja, co nie wszystkim odbiorcom odpowiadam.

„Valheim” na pewno znajdzie oddanych fanów, którzy zostaną przy grze, gdy opadnie kurz popularności. Czy ja znajdę się w ten grupie? Szczerze mówiąc, to nie wiem. Dużo zależy od tego, jak będę się bawił wraz ze znajomymi. Samemu niespecjalnie mam ochotę odwiedzać ten wirtualny świat.


Posłuchaj nas!