Oczywiste jest, że Xiaomi oferuje swoje urządzenia w tak atrakcyjnych cenach dzięki sprytnym oszczędnościom, które zapewne bazują na badaniach czego oczekuje potencjalny klient. Z jednej strony super, bo otrzymujemy aparat, procesor i ekran z topowej półki, z drugiej zawsze jest mu czegoś brak. Wcześniej był to ekran, teraz może to być wodoszczelność i certyfikacja IP, który w topowych Galaktykach jest standardem.

Topienie w imię nauki

Jeden z youtuberów pokusił się o testy najnowszego Samsunga S21, a dokładnie przetestowania jego wodoszczelności. Choć od dawna wszystkie Galaxy mają ten sam stopień ochrony IP68, nie oznacza to, że ich wodoszczelność stoi na tym samym poziomie. Stopień IP68, mówi o ochronie przed zanurzeniem na głębokości 1,5m przez 30min. Jakie zatem było zdziwienie testującego, że jego Samsung S21 wytrzymał ponad 12 dni pod wodą na głębokości 50 cm?

Filmik opublikowany przez Photo Owl Time Laps początkowo był Live i każdy, mógł zweryfikować jego wiarygodność. Dopiero efekt końcowy pokazał, że było to niezbędne, bo faktycznie można byłoby podejrzewać, że zastosowano tutaj jakiś trick.

Zrzut ekranu 2021 02 11 o 23.16.48

W podpisie filmu możemy przeczytać, że telefon w trakcie testu miał kilka dziwnych zachowań jak powiadomienie o wilgoci w porcie ładowania, czy niekontrolowane ruchy na ekranie. Po przyciśnięciu przez użytkownika guzików bocznych podczas testu telefon zaczął się zachowywać normalnie. Efektem końcowym tych testów, który pomimo upływu czasu nie naprawił się sam to głośnik. Po testach dźwięk, jaki się z niego wydobywa został określony jako „tragiczny”.

Myślałem, że takie filmiki z prezentacją możliwości ochrony przed wodą powoli odchodzą do lamusa, bo duża część telefonów na rynku jest przynajmniej bryzgoszczelna, ale jak widać, dalej mają one sens. W dobie flagowców za 4000 – 6000 zł, można byłoby pomyśleć, że mają one wszystko. Prawda jest jednak różna i czasem sam się dziwię, że taki Samsung S21 Ultra ma tak wolne ładowanie, albo że Mi11 nie ma IP.