[WYWIAD] "Wielokrotnie spotkałem się z opinią, że coachowie są szarlatanami, a całość zakrawa o NLP". Coaching, czyli sztuka zadawania pytań




[WYWIAD] "Wielokrotnie spotkałem się z opinią, że coachowie są szarlatanami, a całość zakrawa o NLP". Coaching, czyli sztuka zadawania pytań

Opublikowano 17.05.2019 10:44 -


Nie będę ukrywał, gdy słyszę o tych wszystkich internetowych mówcach motywacyjnych, trenerach rozwoju osobistego i innych coachach, to krew we mnie wrze. Zrozumiałem jednak dopiero po czasie, że tzw. proces coachingowy to coś, co wrzucone zostało do tego samego wora z internetowymi gagatkami, którzy powtarzają ciągle, że musisz ciężko pracować, by osiągnąć jakikolwiek sukces.

Dlatego dzisiaj chciałbym Wam przedstawić sylwetkę Cezarego Stachewicza, którego poprosiłem o rozmowę, by wyjaśnił, czym jest proces coachingowy i czym się różni od tego, co powszechnie znane jest z internetów w postaci różnych przebierańców i gości, którzy nigdy nie mogą dojść do puenty. Zapraszam Was do przeczytania naszej krótkiej rozmowy.

Sebastian Łubik: Czy mógłbyś się przedstawić i powiedzieć, czym się zajmujesz?

Cezary Stachewicz: Nazywam się Cezary Stachewicz i swoją uwagę dzielę na dwa światy. Pierwszym z nich jest świat prywatny, w którym spełniam się jako ojciec i mąż oraz wychowuję dzieci, ale nie żonę [śmiech]. Drugim światem jest ten biznesowy. Zajmuję się w nim, mówiąc ogólnie, wspieraniem innych w ich rozwoju. To jaką konkretnie rolę odgrywam w danym momencie, nie ma większego znaczenia.

SŁ: Mógłbyś powiedzieć nieco  o swoim backgroundzie, np. w jakim kierunku się kształciłeś, jaką szkołę ukończyłeś?

CS: Ukończyłem licencjat z zarządzania, potem magisterkę — informatyka i ekonometria. Było to dosyć ciekawe, ale niewiele wniosło do tego, kim teraz jestem i co robię. To, co wpłynęło na mnie, to była praca, którą podjąłem 20 lat temu, a właściwie ludzie, na których trafiłem. To właśnie dzięki tym ludziom jestem tu i teraz i mam przyjemność rozmowy z Tobą.

SŁ: W którym momencie zdałeś sobie sprawę, że chciałbyś jednak robić coś innego niż to, czego uczyłeś się trakcie studiów?

CS: Już na pierwszym roku studiów zacząłem pracować w części biznesowej w banku i spędziłem tam 14 lat. W tym okresie miałem różne role — od szeregowego pracownika po kierownika zespołu. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że to jednak za mało. Zacząłem poszukiwać i zrozumiałem, że prawdziwy Project Management to coś, co zawsze mnie interesowało. Pomyślałem, że to może być coś, co naprawdę spowoduje, że będę poza strefą swojego komfortu. Już wtedy wiedziałem, że wyrzucenie się poza wspomnianą strefę, przynosi ogromne rezultaty, więc zdecydowałem się na taki ruch. Udało się nawet zrobić to w ramach tej samej firmy. W tamtym czasie takie przejścia między Biznesem, a IT nie były popularne, dlatego do tej pory jestem bardzo wdzięczny wszystkim, którzy mi to umożliwili. Wydawało mi się, że skoro przeszedłem już tyle w biznesie, to IT nie będzie stanowiło dla mnie wyzwania. Okazało się jednak, że nie wiem nic i zaczynam naukę od początku.

SŁ: To było na pewno zaskakujące uczucie?

CS: Totalnie zaskakujące. Projekty, które dostałem na początku, spowodowały, że znalazłem się na dnie kanału elbląskiego [śmiech]. To były niemałe bardzo wymagające projekty. Zarząd był bardzo żywo zainteresowany rezultatami. Myślę, że te naprawdę trudne projekty spowodowały, że nastąpiły we mnie kolejne przemiany i zrozumiałem, że klasyczne podejście Project Managera zrób to, zrób tamto, to nie jest to, co ja lubię. To nie jestem ja. Chyba nigdy właściwie taki nie byłem, chociaż czasem przełączałem się w taki tryb. Zacząłem szukać czegoś nowego; czegoś, co byłoby bardziej moje. Wtedy zrozumiałem, że tylko dzięki rozmowom i dobrym relacjom z innymi możemy coś osiągnąć. Wtedy też zaczęła się moja nowa droga, przemiana.

Z coachingiem miałem do czynienia jeszcze w biznesie, ale nie byłem wtedy gotowy, by przyjąć takie informacje, albo po prostu zostało mi to przekazane w niewłaściwy sposób. Może nawet jedno i drugie. Różnego rodzaju doświadczenia spowodowały, że zacząłem inaczej patrzeć na wiele spraw i zyskałem gotowość do rozpoczęcia kursu dla profesjonalnych coachów. Tam znalazłem inspirację dla tego, w jaki sposób chcę pracować w przyszłości z ludźmi, ze sobą; jaką filozofią będę się kierował w życiu. W tym momencie nastąpiła prawdziwa przemiana. To, czy był to świat biznesu, czy IT, nie miało znaczenia. Zrozumiałem, że można naprawdę wspierać innych w rozwoju, poprzez słowo pomagać innym. Wiele czasu zajęło mi jednak zrozumienie, że pomagać, to nie jest właściwe określenie. Chodziło bardziej o wsparcie, wspieranie. Pomagać mogę koledze i czasem oznacza to zrobienie czegoś za kogoś. Natomiast w przypadku wsparcia chodzi o bycie partnerem. Bycie obok kogoś. Nie robienie czegoś za kogoś, niemówienie mu, co ma zrobić, tylko właśnie: bycie partnerem, wspieranie jego i jego rozwoju przez zadawanie pytań, które stymulują, które pokazują szersze perspektywy.

SŁ: Czy w takim razie wsparcie jest lepsze dla wspieranego niż pomaganie mu?

CS: To zależy od tego, kto i na jakim etapie jest. Ja bym powiedział, że pomaganie  jest jak mentoring, to jest sytuacja, kiedy ja mówię komuś, co ma zrobić. Przynajmniej to pierwsza myśl, która pojawiła mi się w głowie, kiedy zadałeś to pytanie. To jest dawanie czegoś na tacy na bazie mojej wiedzy i moich doświadczeń. Wspieranie jednak bardziej mi się kojarzy z takim klasycznym coachingiem, procesem coachingowym, gdzie poprzez zadawanie pytań drugiej osobie, ta znajduje swoją drogę.

SŁ: Wędka zamiast marchewki?

CS: Zdecydowanie.

SŁ: Fajnie, że zrobiłeś wstęp do coachingu, o którym chciałbym dzisiaj z Tobą porozmawiać, jednak zanim do tego przejdziemy, chciałem Cię jeszcze zapytać o coś, co przewinęło się w Twojej wypowiedzi. Popularna strefa komfortu, czym ona jest? Czym jest dla Ciebie wyjście ze strefy komfortu?

CS: Zrozumiałem już dawno, że wyrzucanie siebie poza strefę komfortu, przynosi największe rezultaty. Najszybsze, największe. Dla mnie to sytuacja, w której myśląc o wyzwaniu, które mnie czeka, czuję już mrowienie w nogach i w głowie, w całym ciele.

SŁ: Ze strachu?

CS: Oczywiście, że ze strachu, jak i również ekscytacji. To znaczy, że jestem poza strefą komfortu i zaczynam się zastanawiać czy może jednak to zrobię [śmiech]Zrozumiałem jednak też, że nie zawsze i nie w każdym przypadku mogę tak robić. To nie jest tak, że zawsze, gdy czuję strach, powinienem za nim podążać. Są też rzeczy niebezpieczne, trzeba umieć powiedzieć sobie: nie.

SŁ: Przed naszą rozmową wspomniałeś już nieco o samym coaching. Powiedziałeś, że ma on twarz bardzo... niekorzystną. W zasadzie teraz każdy może być coachem w świecie Internetu, przez co sam coaching dostaje rykoszetem i coraz rzadziej jest definiowany poprawnie. Chciałbym, byś wyjaśnił, czym tak naprawdę jest coaching, a czym nie jest.

CS: Zacznijmy od tego, czym jest coaching, a czym stosowanie elementów coachingu. Stosowanie elementów coachingu to to aktywne słuchanie. Czyli na pytanie, które zadałem, pada jakaś odpowiedź i do tej odpowiedzi mogę zadać kolejne pytanie pogłębiające. W tym przypadku nie ma mowy o procesie coachingowym.

Jest jednak coś takiego jak proces coachingowy. Mamy tu do czynienia z umową, którą podpisuje się z klientem. Ta umowa definiuje wszystkie sfery coachingu, prawdziwego coachingu. Czyli definiuje zakres relacji coachingowej: czas, miejsce, ilość spotkań, cena, zakres; to, na co dajemy wzajemną zgodę i to, na co zgody nie ma.

SŁ: Czyli prócz wartości organizacyjnych to taka wstępna analiza przedmiotu coachingu?

CS: Tu chodzi głównie o określenie granic. Umowa, którą przedstawiam klientom, definiuje ten zakres. Jestem zobowiązany kodeksem etycznym (International Coaching Federation) do tego, żeby przestrzegać tych zasad i dlatego ta umowa jest tak ważna. Właśnie dlatego rozgraniczyłbym stosowanie elementów coachingu od prawdziwego procesu coachingowego.

Jeżeli jest to coaching indywidualny, jeden na jeden, rezerwujemy sobie określony czas i tylko w tym określonym czasie... po prostu rozmawiamy.

SŁ: Ta rozmowa dotyczy rozwiązania konkretnego problemu?

CS: To nawet nie jest kategoria „problem”. To bardziej adresowanie dążeń. Klient jest zmotywowany, by coś zmienić w swoim życiu, a dokładniej w sobie. Bardzo ważne jest zrozumienie, że tu nie chodzi o to, by zmieniać cały świat. Tu chodzi o to, by zmienić siebie. Ważne jest, żeby zrozumieć, że przez zmianę siebie samego, mogę wpływać i zmieniać innych oraz moje otoczenie, w zależności od tego, jakie są moje motywacje.

Coaching jest, tak jak wspomniałem, metodą zadawania pytań i wspierania aktywnego klienta, ale bez robienia czegoś za kogoś, bez mówienia, co ma robić. Bo gdy zaczynamy doradzać, wchodzimy w strefę mentoringu. W prawdziwym coachingu jest przyzwolenie na kilka procent mentoringu, ale klient musi o to poprosić, coach nie może sam z siebie dawać rad.

SŁ: Czyli rola coacha jest taka, by zadawać umiejętnie pytania, w taki sposób, by wnioski pojawiały się w głowie klienta?

CS: Dokładnie. Pytania mają sprawić, że klientowi otwierają się różne perspektywy, nowe możliwości. Może to, czego do tej pory nie dostrzegał. Zasadniczo powiedziałbym, że to stworzenie wachlarza możliwości, z którego klient będzie mógł wybierać sobie to, co chce, bez jakiejkolwiek manipulacji czy wpływania na tego klienta. Wielokrotnie też spotkałem się z opinią, że coachowie są szarlatani, że to już zakrawa na NLP i jawne wpływanie. W prawdziwym coachingu nic takiego nie występuje. To klient decyduje o wszystkim.

SŁ: To w pełni wyjaśnia, czym coaching jest, a czym nie jest. Oddziela coaching od wszystkich tych internetowych gości, którzy nie mają nic więcej do zaoferowania niż mówienie, że trzeba zapie*dalać, by osiągnąć sukces. Ja, kiedy próbuję ich słuchać, jestem zawsze poirytowany czekaniem na puentę, która nigdy nie nadchodzi.

CS: W prawdziwym coachingu puentę pisze klient.

Ja nigdy nie nazwałbym siebie trenerem rozwoju osobistego. Mogę nazwać siebie coachem i mentorem. Jednak mentorem tylko w obszarach, w których czuję się kompetentny, by udzielić komuś rad na bazie mojej wiedzy i doświadczeń.

Nie jestem zwolennikiem certyfikacji, ale w przypadku coachingu uważam, że warto coś takiego zrobić. Dzięki certyfikacji coach jest zobowiązany do weryfikacji swoich umiejętności i dostaje informację zwrotną od doświadczonych coachów, co może zrobić inaczej lub lepiej, żeby być jeszcze bliżej klienta i jego potrzeb.. Superwizje są nieodzownym elementem coachingu, które każdy coach powinien co jakiś czas przechodzić, by zweryfikować siebie: czy gdzieś nie odpłynąłem? Czy nie zacząłem stosować praktyk, których nie powinny mieć miejsca? Jak weźmiemy wszystkie osoby, które mają doświadczenie, to może okazać się, że owszem są bardzo blisko coachingu i może nawet są bardzo dobrymi coachami, ale jeśli nie robią superwizji, to mogą doprowadzić do szkody klientów. Nie ulega wątpliwości, że bardzo ważną rzeczą jest przepracowanie siebie jako coacha. Jeśli coach tego nie zrobi, to nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak taka osoba może wspierać innych.

SŁ: Wspomniałeś tutaj o superwizji, więc naturalne pytanie, które pojawia mi się w głowie to: czy coaching jest formą psychoterapii?

CS: Nie, zdecydowanie nie. Trzeba bardzo jasno powiedzieć, że psychoterapia (czy  też terapia) jest ukierunkowana na przeszłość i zaadresowanie kwestii związanych z przeszłością. W żaden sposób nie czuję się kompetentny, żeby podczas sesji coachingowej stosować, czy adresować jakiekolwiek kwestie, które zahaczałyby o terapię. Coaching jest zorientowany na przyszłość. Na tu i teraz oraz na przyszłość. Oczywiście, czasem trzeba zbudować kontekst, bazując na przeszłości, jeśli jednak w trakcie rozmowy coachingowej widać, że klient utknął w przeszłości i nie pozwala ona iść do przodu, to moim profesjonalnym obowiązkiem jest poinformowanie tego klienta, że najpierw powinien to przepracować z innym specjalistą, a dopiero potem możemy pracować coachingowo.

SŁ: Czyli nie zabieracie pracy psychologom?

CS: W żaden sposób. Psycholodzy i psychiatrzy mogą się czuć bezpiecznie [śmiech]. Chyba że ktoś ma kompetencje w jednym i w drugim obszarze.Myślę, że powinno być to jednak rozgraniczone — umowa o coaching lub umowa o terapię.

SŁ: Mógłbyś mi powiedzieć dla kogo przeznaczony jest coaching?

CS: Dla każdego, bez wyjątku.

SŁ: Czy istnieje jakieś kryterium, coś, po czym w mojej głowie powinna pojawić się myśl: może powinienem tego spróbować?

CS: Jeśli pytasz, co jest wymagane, by zacząć coaching, to jest to motywacja. Motywacja do zmiany. Czasami może być tak, że klient nie wie jeszcze, czego chce, ale wie, że chce. W ramach coachingu może znaleźć swoją drogę. Może zdefiniować cel, a potem pracować, by osiągnąć ten cel w procesie coachingowym.

SŁ: Czyli wymagania to po prostu chęć zmiany?

CS: Motywacja, głęboka motywacja. Bo to nie jest prosty proces. Bo te zmiany, które są przeprowadzane, przeprowadza się wewnątrz siebie. To część góry lodowej, która nie jest widoczna dla innych, tylko chowa się głęboko pod wodą. Fundamentalne zmiany mogą wpłynąć na całe życie. Ja jako coach nie decyduję, co klient ma zmienić, to on podejmuje decyzje.

SŁ: Z tego, co wiem, istnieje wiele różnych typów coachów. Słyszałem nawet o food coachu. Czy nie jest trochę tak, że słowo coach stało się tylko nomenklaturą używaną w celach marketingowych, skrywającą w rzeczywistości np. dietetyka? Czy takie działalności jak food coaching mają w ogóle coś wspólnego z tym coachingiem, o którym rozmawiamy?

CS: Myślę, że ma. Wydaje mi się jednak, że wynika to z tego, że każdy szuka swojej niszy. Wyobraź sobie, ilu jest coachów. Jeżeli każdy prowadziłby ten sam rodzaj usług, to jak wybrać tego właściwego? Stąd pojawiły się najpewniej specjalizacje.

SŁ: Gdyby się nad tym zastanowić, to ma to sens. W końcu taka osoba, jeśli ma zadawać właściwe pytania i być w pełni efektywna, powinna specjalizować się w  konkretnej dziedzinie.

CS: To nie jest kwestia pytań. Nie mam uniwersalnego zestawu pytań, które zadam klientowi. Wszystko zależy od tego, jak potoczy się rozmowa i co pojawi się w głowie. Nie ma jednego dobrego pytania, które otworzy wszystkie drzwi. To jest forma próbkowania, bazowanie na intuicji. W zależności od tego, co się pojawi, zadaję inne pytanie.

SŁ: Czyli doświadczenie coacha może być ważniejsze niż jego merytoryczne przygotowanie?

CS: Myślę, że tak. Ta siwa broda w coachingu, ta liczba przepracowanych godzin bardzo się przydaje. To jest bardzo istotne. Patrząc na siebie z perspektywy czasu, to widzę tę podróż, którą odbywam. Coaching jest inny, dojrzalszy. Jest w moich działaniach coraz mniej super-hiper-struktur, a zamiast tego jestem coraz bliżej klienta. Jeszcze lepiej docieram do niego pytaniami.

SŁ: A jak zostaje się coachem? Nie takim internetowym, który z coachingiem nie ma wiele wspólnego, ale prawdziwym coachem. Jak zacząć?

CS: Są szkoły coachingowe w Polsce. Ja związałem się ze szkołą Coachwise. Warto zapoznać się oczywiście z opiniami. Szkołę, którą kończyłem, uważam za profesjonalną i godną zaufania. Na rynku jednak jest dość duża konkurencja. Wiele osób znajduje w tym sposób na dochodowy biznes, więc myślę, że warto poczytać opinie doświadczonych coachów, którzy mają już jakiś dorobek i wtedy wybrać tę, która wyda się nam właściwa.

Trzeba sobie także powiedzieć jasno, że szkoła szkołą, ale trzeba też ogromu pracy z klientami. Tak naprawdę od razu zaczyna się ćwiczyć. Na początku jest to dość nieudolne, a pytania trzeba niemal wykuć na pamięć. To było naprawdę bardzo trudne. Znalezienie tych pierwszych klientów było jeszcze trudniejsze, bo wiedzieli, że byłem na początku drogi i mogłem się jeszcze potykać, gdy oni przyszli do mnie z prawdziwymi problemami.

SŁ: Trzeba swoje przejść?

CS: Trzeba być zmotywowanym, nie poddawać się i szukać sprzymierzeńców, którzy będą Cię wspierali. Mnie się udało, dzięki uprzejmości kolegów i koleżanek, którym przeprowadzałem różnego rodzaju prezentacje i zaznaczałem, czym jest, a czym nie jest coaching. Wiele osób mi zaufało i przyprowadziły kolejne osoby. Tak to się rozwijało.

SŁ: Doświadczenie to na pewno jeden z ważnych aspektów, ale  jak poza tym poznać prawdziwego, jakościowego coacha? Jak powinienem sprawdzić, czy trafiłem na właściwą osobę?

CS: Tak naprawdę to nie wiem. Gdyby wiedziała, oznaczałoby to, że szukam na forach opinie na swój temat i wpisy, jakim jestem super coachem [śmiech]. Opinie to główny wyznacznik, jednak zwracałbym też uwagę na certyfikację. Jeśli mamy do czynienia z człowiekiem z certyfikatem na przykład International Coaching Federation, to znaczy, że przeszedł on przez sito osób kompetentnych. To dobry punkt zaczepienia.

SŁ: Jest to także jakaś gwarancja jakości?

CS: Tak,  to znaczy, że jest to ktoś, kto przestrzega zasad, że jest zobligowany to przestrzegania kodeksu etycznego. Tego bym się trzymał. Potem oczywiście różne są ceny, ten aspekt także trzeba wziąć pod uwagę.

Dla każdego klienta pierwsza sesja jest za darmo, podczas której tłumaczę, czym jest i czym nie jest coaching, żeby potencjalny klient mógł podjąć świadomą decyzję. Podczas pierwszej sesji jest też przewidziany czas na sesję próbną, żeby klient doświadczył tej metody, a nie tylko teorii. Sesje mogą być fizyczne, przez Skype jak i również telefoniczne. Zapraszam do kontaktu i współpracy.

Zapraszamy do przeczytania kolejnych wywiadów z interesującymi ludźmi w ramach naszej kategorii Wywiady. Ta zasilana będzie w każdy czwartek o nową personę.

SŁ: Czyli wybór coacha powinien opierać się na marketingu szeptanym?

CS: Ja, szczerze mówiąc, zawaliłem totalnie sprawę mediów społecznościowych, bo nie jestem ich fanem. Dopiero niedawna zacząłem udzielać się na LinkedIN i to jest mój początek. Raczej po to, by się dzielić z innymi ciekawymi rzeczami, które zobaczyłem, które gdzieś znalazłem..

S: To może teraz czas na wyjście ze strefy komfortu i założenie Facebooka? [śmiech]

CS: Facebooka to ja nawet mam, ale nie pamiętam hasła [śmiech].

Cezarego znajdziecie na LinkedIn.