Sporo stałem w kolejce, aby napisać ten tekst.

Nie, nie wypłacałem pieniędzy z bankomatu i nie nalewałem benzyny do konewki. Po prostu chciałem pograć w „Lost Ark”. Swoje próby zacząłem kilka dni po premierze, licząc na to, że już opadł kurz pierwszej popularności. Myliłem się. Wejście do gry w godzinach popołudniowych, to był koszmar stania w kolejce. Wieczór? To samo. Dlatego cierpliwie czekałem na chwilę, w której kolejki się trochę skrócą, a ja będę mógł sprawdzić skąd ta gwałtowna popularność. W końcu na rynku jest mnóstwo różnego rodzaju MMO, a nie wszystkie biją rekordy Steama.

Według informacji od Valve w „Lost Ark” w dalszym ciągu gra ponad 900 000 graczy jednocześnie. A 12 lutego przekroczono 1 milion! Zastanawiam się, ile osób faktycznie było w grze, a ile czekało na dołączenie. Po zalewie negatywnych recenzji w pierwszych dniach po premierze można podejrzewać, że dużo. Nie zmienia to faktu, że „Lost Ark” miało solidną premierę pod kątem aktywności odbiorców. Co znowu przypomina o prostej prawdzie, że darmowe MMO zawsze przyciąga sporą liczbę graczy. Tym bardziej, jeśli jest to po prostu przeniesienie rozpoznawalnego tytułu na inny rynek.

R E K L A M A

Bo to nie jest nowa gra. „Lost Ark” debiutowało w 2019 roku w Korei Południowej. 3 lata później jest dostępne dla odbiorców z Europy oraz obu Ameryk. Azjatycki rodowód jest wyraźnie wyczuwalny w tej produkcji i nie jest to moje pierwsze zderzenie z takim tytułem.

Sporo czasu spędziłem w „Cabal Online”. Zdarzyło mi się także zderzyć się z „Black Desert Online”. Ta ostatnia gra wciągnęła mnie nawet na kilka miesięcy, a potem zmęczyła grindem oraz sklepem premium z ładnie zaszytymi elementami dającymi przewagę nad niepłacącymi klientami. A najgorsze w „Black Desert Online” jest to, że jest dystrybuowana w modelu B2P (buy to plan), czyli nie jest darmowa. Dawno już nie odwiedzałem tej produkcji, może coś się zmieniło. Mnie po prosto zdenerwowało, to, że nikt nie zadał sobie trudu, aby trochę przeszlifować model biznesowy. Zachodni gracze mają trochę inną tolerancję na agresywną monetyzację.

„Lost Ark” chyba próbuje iść w inną stronę. Pozostaje darmowe, wystarczy pobrać i można grać, ale model biznesowy został trochę przebudowany, aby trafić do gustów zachodnich odbiorców. Według twórców więcej rzeczy ma być dostępne zarówno za aktywność, jak i w formie zakupów w sklepie premium.

Nie dotyczy to specjalnych paczek sprzedawanych jako DLC oraz takich usług jak, na przykład, zmiana imienia postaci. Te pozostają zarezerwowane dla osób wymieniających swoje pieniądze na walutę premium. A co mają zrobić pozostali? Grać i zdobywać kryształy oraz złoto, które potem mogą wymienić na kryształy. W „Lost Ark” podstawową walutą jest srebro, ale za nie nic nie można kupić w sklepie premium. Potrzebne są specjalne kryształy. Ktoś chce ich więcej? Jest zmuszony wykonywać różne, powtarzalne, aktywności, jak chociażby rajdy. To wszystko tylko pozornie brzmi prosto. Z moich doświadczeń wynika, że „Lost Ark” ma sprytny model biznesowy.

Faktycznie mogłem zdobyć trochę złota w trakcie zabawy w pierwszych godzinach rozgrywki. Ale szybko zauważyłem, że nie będę szczodrze obdarzany tą walutą. Tak jak kryształy, jest ona zarezerwowana wyraźnie dla osób docierających w pobliże endgame’u.

Tylko aby tam dotrzeć, trzeba sporo grindować. Pętla rozgrywki w „Lost Ark” jest stosunkowo prosta. Zdobywam lepsze uzbrojenie, aby tłuc silniejszych wrogów, po to, aby zdobyć lepsze uzbrojenie. Z przeciwników sypie się mnóstwo różnych przedmiotów, którymi warto handlować. Aby móc to zrobić, trzeba najpierw zdobyć 30 poziom. A nie jest to możliwe w pierwszych 5 godzinach rozgrywki. Wszystko w „Lost Ark” jest tak poukładane, aby odbiorca mocno związał się z grą i ciągle czuł, że coś odblokowuje. Sam nie dotarłem do endgame’u i nie czuję, aby miał to zrobić. Podobają mi się zmiany wprowadzone względem koreańskiej odsłony, szczególne te dotyczące zwierzątek. W wersji „zachodniej” są one na stałe, a nie w formie wynajmu oraz mają domyślnie odblokowywaną funkcję automatycznego zbierania przedmiotów. Bez tego gra w „Lost Ark” pewnie sprowadza się do walki z potworami, a później namiętnego klikania, aby wszystko zebrać.

Nie uważam, że to jest jakoś szczególnie zła gra. Być może w późniejszych etapach poczułbym na karku nieprzyjemny oddech czyhającej monetyzacji. Ja po prostu nie mam wystarczająco dużo czasu na produkcje, których fundamentem jest szeroko rozumiany grind.

A tak jest w przypadku „Lost Ark”. Widać to nawet w specjalnym dzienniku grupujących różnego rodzaju znajdźki. Odblokowanie niektórych wymaga wymordowana mnóstwa przeciwników lub kupowania brakujących na rynku. Aby to zrobić, trzeba grać, grać i jeszcze raz grać. Zdobywać waluty, coraz lepsze przedmioty, walczyć w dungeonach. Myślę, że jeśli ktoś nie chce płacić w „Lost Ark” to będzie się dobrze bawił. Dość długo, jeśli jest w stanie zaakceptować solidną dawkę grindu.