Kiedy nadszedł ten dzień, cieszyłem się bardzo na samą myśl. W końcu wszystko układa się tak, że będę mógł wrócić do biura. Mieszkam w Gdyni i tam też pracowałem ostatnie lata, ale od końcówki ubiegłego roku moja praca przeniosła się do Gdańska. Oczywiście prócz powrotu na stare śmieci, pojawiła się także dodatkowa niedogodność: dłuższe dojazdy do pracy. Nie jestem fanem komunikacji miejskiej, swoje w już tam przeżyłem. Poza tym mieszkam na przedmieściach, a więc największa zaleta trójmiejskiej komunikacji – SKM w moim przypadku się nie sprawdzi. A przynajmniej musiałbym najpierw do niej dojechać autobusem, który i tak musi odstać w korkach. Bezsens.

Wraz z nastaniem lepszej pogody, w końcu mogłem uruchomić motocykl i oddać się przyjemności mijania stojących w korku samochodów, warcząc raźnie silnikiem. Buzia cieszyła mi się właściwie całą drogę, w jedną i drugą stronę, a ja czerpałem ogromna satysfakcje… ze zwykłego dojazdu do pracy. Do biura.

Właściwie od dwóch tygodni pracuje z biura, jeśli tylko pogoda mi na to pozwala i dużo rzeczy w głowie mi się poukładało, pojawiło się sporo wniosków, mniej lub bardziej ważnych. Przede wszystkim nie chce pracować z domu. Mam dość.

Moja aktywność zawodowa podzielona jest na dwie części: praca na etacie, gdzie zajmuje się szeroko rozumianym IT Project Managementem i część związana z DailyWeb. Wbrew pozorom w obu tych zajęciach, obowiązków jest naprawdę dużo, proporcjonalnie dużo. Sęk w tym, że na etat mam średnio 8h, a na DailyWeb dużo, dużo mniej czasu. Od właściwie roku pracuje z domu, z mniejszymi przerwami przy wakacjach, zajmując się wspomnianymi rolami i właściwie od kilku miesięcy zauważyłem, że spadła mi koszmarnie motywacja i chęć do pracy nad DailyWeb. Szukałem w sobie nowe siły, nowe pokłady motywacji, ale dodatkowe problemy z ruchem, niezbyt pomyślny pierwszy kwartał w kontekście finansów dailywebowych, niestety nie pomagał.

Złapała mnie niechęć, marazm i szeroko rozumiane wyczerpanie

Zaobserwowałem dość podobne sytuacje wśród swoich redaktorsów, ale nie tylko. Znajomi również narzekali na to, że są zmęczeni są całą pandemiczną sytuacją i sposobem pracy. Ja wiedziałem tylko o tym, że chce się wyrwać z domu i wrócić do biura, zmienić otoczenie, nie spędzać kilkunastu godzin w domu, przy swoim biurku.

Ratowały moją głowę właściwie tylko częste wypady na rower. To była odskocznia, by odciążyć głowę, wpadać w rowerową medytację, kiedy nie myślisz kompletnie o niczym, tylko mechanicznie, powtarzalnie kręcisz pedałami, napędzając rower. Może nie tak nagle, ale dotarło do mnie, skąd najpewniej cały obrót sytuacji, z brakiem motywacji i wygląda na to, że mądrzy naukowcy mieli racje, że trzeba zmieniać swoje otoczenie, stosunkowo często.

Biurko z prywatnym komputerem, nie kojarzyło się z przyjemnym obowiązkiem pracy na rzecz DailyWeb, gdzie wyszukiwałem nowe niusy, gdzie obrabiałem foty sprzętów z recenzji, gdzie koordynowałem pracę całego zespołu. Kojarzyło się z obowiązkami zawodowymi, a więc na samą myśl, że po 8h pracy przy biurku, skupiając się na etacie, miałem wrócić po chwili przerwy i zajmować się DW, powodowało we mnie przynajmniej niechęć. I tak to się zapętlało, nabierało rozpędu, powodując marazm. W dużym stopniu motywacja do pracy spadła także do obowiązków zawodowych, tam jednak wiedziałem, że muszę się na na nich mocniej skupić, bo w końcu leasingi i kredyty same się nie opłacą.

Trafiła także do mnie jedna, dość przerażająca myśl. Kiedy jednego dnia, przy weekendzie wziąłem urlop i zniknąłem z domu, to po powrocie koło południa, wszedłem do domu i automatycznie poczułem, że jestem w pracy. Mieszkanie kojarzy mi się z pracą. Podświadomie miałem w sobie uczucie, że muszę sprawdzić mejle, sprawdzić, czy czasem nie mam kolejnego spotkania za chwilę. Zmroziło mi krew w żyłach, bo uświadomiłem sobie, do czego doprowadziła tak długa praca z domu. Miejsce, które ma być oazą i ucieczką od codziennych zawodowych obowiązków, utraciło te wszystkie, tak ważne dla mnie cechy.

Złoty środek umiar

Od dwóch tygodni pracuje z biura i wszystkie bolączki, o których mowa wyżej, zaczynają znikać. W końcu wraca to bezcenne uczucie, kiedy siadam na kanapie i wiem, że zamknąłem na dany dzień etatowe zobowiązania, wraz z wyłączeniem komputera w biurze, czuje… ulgę? Prostą formę satysfakcji? Nie wiem jak dobrze nazwać to uczucie, ale to coś, czego mi przez ostatni czas brakowało. Przez durny fakt, że nie spędzam kilkunastu godzin przy swoim biurku w domu, to nawet w jakiś sposób za nim zatęskniłem, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.

Praca z domu nie jest zła, to świetny pomysł i alternatywa, ale przez tak długi czas przynajmniej na mnie działała bardzo źle. Mówi się dużo o tym, że w domu powinno być wydzielone miejsce, osobny gabinet, który kojarzy się tylko z obowiązkami zawodowymi. Może problem w moim wypadku był taki, że moje biurko do pracy, znajduje się w salonie? W miejscu, którym odbywa się całe moje prywatne życie?

Nie wiem jak bardzo ten problem, to globalny trend, ale kiedy sonduje moich znajomych, Ci twierdzą w większości, że praca z domu jest dla nich dalej ultra komfortowa i nie mają z nią żadnego problemu, ani nie przekłada się ona na ich wydajność, ani na samopoczucie. Ja w każdym razie delektuje się kawką z korpo ekspresu, wolnymi przestrzeniami, regulowanym biurkiem, pięknymi widokami z okna, za każdym razem inną salką na każdy call, który muszę odbyć, a najlepszą nagrodą dla mnie, jest powarczenie na kierowców samochodów, kiedy stoją w korkach. A wisienką na torcie jest wejście do domu i uświadomienie sobie, że teraz już tylko odpoczynek, prace zostawiłem w biurze.


Posłuchaj nas!