Nieczęsto piszę o grach wyciągniętych o otchłani mojej cyfrowej biblioteki.

Nie żałuję nawet minuty spędzonej na przemierzaniu kolejnych poziomów więzienia. Razem z DLC pojawiło się „Dead Cells: The Fatal Seed Bundle”, w którym znajdziecie wszystkie wydane do tej pory dodatki. W pakiecie jest także ten najnowszy. Dlaczego uważam, że warto zakupić ten tytuł? Mam mnóstwo powodów, aby go polecić, ale tym najważniejszym jest to, że gra została solidnie zaprojektowana i porządnie wykonana. Po każdej sesji mam ochotę zacząć kolejną i sprawdzić, gdzie tym razem dotrę. W tej produkcji śmierć jest nieodłącznym elementem zabawy.

„Dead Cells” należy do gatunku, do którego mam szczególną słabość. Nic nie poradzę na to, że uwielbiam wszelkiego rodzaju tytuły będące rougelike’ami lub rougelite’ami. Wspomnianą przeze mnie produkcję cechują nie tylko proceduralne generowane poziomy.

Istotne są także wybory gracza. Wszystko zaczyna się od podjęcia decyzji, jakim zestawem broni chce się walczyć. Miecz i tarcza? A może jakiś czar i łuk? Na dodatek w „Dead Cells” można znaleźć wiele różnych narzędzi zagłady cechujących się ciekawymi statystykami. Co zdecydowanie wpływa na cały rytm rozgrywki. Twórcom doskonale udało się uchwycić różnice pomiędzy machaniem młotem, a posługiwaniem się sztyletami. Gdy już złapałem odpowiedni rytm, poznałem różne kombinacje broni i zdecydowałem się, jak będę walczył, to gra zaczęła odsłaniać przede mną kolejne poziomy designu. Zrozumiałem, że muszę tak rozdzielać punkty statystyk, aby zmaksymalizować przyrost obrażeń oraz zdrowia. Mutacje wybierane pomiędzy poziomami również bywają pomocne.

Po obejrzeniu trailera można odnieść wrażenie, że „Dead Cells” to jakaś platformówka naszpikowana akcją. Nic bardziej mylnego! Po rozegraniu kilku poziomów wyraźnie widać, że produkcja jest przyzwoicie rozbudowana.

A przeciwnicy potrafią zaskoczyć. Trzeba kilka razy zginąć, zanim załapie się poszczególne sekwencje ataków. To rewelacyjnie wpływa na rozgrywkę! Każde odwidzenie nowej przestrzeni, wymagało ode mnie zapoznania się z zestawem przeciwników, a twórcy miewają bardzo szalone pomysły. Dlatego dobijały mnie naszpikowane mieczami, półpłynne ślimaki lub spadające ze ścian robactwo. „Dead Cells” potrafi dać w kość, dlatego uważam, że jest to jeden z ciekawszych rougelike’ów na rynku. Trzeba wiele razy umrzeć, aby w końcu dotrzeć do ostatniego bossa. A co trzeba zrobić, aby go pokonać? Odpowiednio się przygotować, co wcale nie jest takie proste. Tym bardziej, że wiele decyzji podejmuje się na bieżąco, zgodnie z aktualnym stanem posiadanych broni.