Nieuchronnie nadchodzi czas podsumowań. Z konsolą Steam Deck spędziłem ponad 60 dni i jest to idealny czas, aby określić, czy urządzenie jest warte pieniędzy, jakie trzeba za nie zapłacić.

Dałem sobie dwa miesiące, aby przyjrzeć się temu, jak korzystam ze Steam Deck. Nie twierdzę, że było to moje wymarzone urządzenie, że czekałem z wielką niecierpliwością na paczkę. Od samego początku, od momentu ogłoszenia tego projektu przez Valve, podchodzę do niego z dużą ostrożnością. Na zakup zdecydowałem się dopiero po obejrzeniu pierwszych recenzji. Wcześniej tylko obserwowałem, z ciekawością, ale nigdy nie czułem przytłaczającej konieczności wydania pieniędzy. W takim razie, dlaczego w ogóle postanowiłem włączyć Steam Deck do mojej kolekcji urządzeń, na których mogę pograć? Mam przecież już jedną konsolę przenośną.

Steam Deck oraz Nintendo Switch
Pierwsze porównanie. Steam Deck mały nie jest!

Steam Deck trafił do mnie, ponieważ lubię dobrze wykonane nowości. W tym względzie powiem tylko, że nie żałuję wydanych złotówek

Zdecydowałem się na wersję z 256 GB pamięci wewnętrznej, którą rozszerzyłem o 512 GB za pomocą karty microSD. Na chwilę obecną mam wrażenie, że wystarczy mi miejsca na różnego rodzaju giereczki. Przede wszystkim zacząłem się pilnować i już nie instaluję piętnastu różnych tytułów. Wybieram sobie kilka, tak maksymalnie cztery, i powoli je ogrywam. Na pierwszy ogień poszły takie produkcje jak „Fea Tactics”, „Metal Gear Solid V: Phantom Pain”, „Phoenix Point”, „Dragons Dogma: Dark Arisen” oraz „Stardew Valley”. Tego ostatniego nie mogło zabraknąć. Towarzyszy mi już od dłuższego czasu, lubię hodować wirtualne ziemniaki oraz robić cyfrowe przetwory. Nie ukrywam, że Steam Deck sprawił, że znowu wsiąkłem w tę produkcję.

Zabieram tę konsolę, gdy jeżdżę na wieś. Towarzyszy mi w chwilach, gdy muszę poczekać na moją Żonę. Zamiast sięgać po telefon i tłuc w jakąś mobilną gierkę, wybieram Steam Decka. Odpalam jedną z powyższych produkcji i umilam sobie czas. Sprawdza się świetnie.

Podobnie jest w przypadku wyjazdów na wieś. Zamiast targać ze sobą swojego laptopa, na którym mogę nie tylko grać, wrzucam do plecaka ultrabooka oraz Steam Decka. Dzięki temu jestem w stanie pooglądać z Żoną filmy albo po prostu pograć. Ostatnio przenośna konsola Valve towarzyszyła mi w trakcie robienia pieczonek oraz wędzenia kiełbas. Serio, pilnowałem temperatury, od czasu do czasu dołożyłem drewna, a potem wygodnie się rozsiadałem i kończyłem misję w „Phoenix Point”. Jeszcze kilka miesięcy temu siedziałbym z Pstrykiem. Niestety, z dużą przykrością stwierdzam, że Steam Deck sprawił, że konsola od Nintendo zaczęła zbierać kurz.
To nie tak, że do niej nie wracam. Lubię sobie odpalić „Switch Sports” lub „Ring Fit Adventure”. Po prostu nie szukam już tam gier, bo mam ich mnóstwo na swoim koncie na Steamie. Po co mam kupować je drugi raz oraz mierzyć się, z tym że wiele z nich niekoniecznie dobrze zniosło portowanie na Pstryka?

Nie zrozumcie mnie źle, dalej darzę ten sprzęt dużym sentymentem. Uważam, że gdyby nie to, że spędziłem setki godzin z tą konsolą w trakcie pandemii, to nie zdecydowałbym się na Steam Deck.

Pewnie uznałbym, że go nie potrzebuję, bo przecież nie jestem miłośnikiem przenośnych urządzeń i graniu na nich. Mam od tego gamingowego laptopa oraz Xboksa, więc mi nie jest potrzebne. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Moje giereczkowe nawyki najpierw zmienił Game Pass, potem Pstryk, a teraz ponownie zostały one zmodyfikowane przez pojawienie się Steam Decka.

Steam Deck może być idealną konsolą do ogrywania indyków
„Fea Tactics” stało się pierwszą grą, którą ogrywam na Steam Decku

Zauważyłem, że już praktycznie nie gram na laptopie. Stał się praktycznie sprzętem do pracy, mam tam dosłownie kilka tytułów, które sporadycznie odpalam.

W ostatnich miesiącach głównie grałem na Steam Decku

Biorę go w dłonie i wygodnie rozsiadam się w fotelu. Zmieniam miejsce, nie siedzę cały dzień w jednym pomieszczeniu. Gdy bateria zaczyna domagać się ładowania, używam huba HDMI i podłączam sobie Steam Decka do telewizora. Jako kontrolera używam Xboksowego pada lub Steam Controllera, zależy co mam akurat pod ręką. Lubię tę mobilność. Mogę sobie pozwolić na giereczkową sesję w dowolnej przestrzeni. Najważniejsze jest dla mnie to, że w końcu zacząłem sięgać po produkcje zgromadzone w mojej bibliotece na Steamie. Ostatnio złapałem się na tym, że planując cyfrowe zakupy, przeglądam nowe tytuły pod kątem współpracy ze Steam Deckiem.
Zdaję sobie sprawę z tego, że przecież mogę do niego podpiąć myszkę oraz klawiaturę. Steam Deck doskonale radzi sobie z różnymi zewnętrznymi kontrolerami. Na dodatek stoi na Linuksie, więc jest podatny na modyfikacje. Uważam, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby korzystać z niego jak ze zwykłego komputera.

Można na nim programować, pisać, robić gry oraz przeglądać zdania w Jirze. Wszystko zależy od wyobraźni, umiejętności oraz potrzeb użytkownika. W zasadzie wystarczy jakieś podstawowe rozeznanie w Linuksie, aby ze Steam Decka zrobić sobie główny komputer.

Z wieloma możliwościami! Przeglądając fora miłośników tego urządzenia, trafiłem na osoby, które zrobiły z niego przenośny czytnik OBD! Valve, w swoich materiałach promocyjnych, pisze, że Steam Deck to sprzęt do zhakowania. To dobrze oddaje możliwości tego urządzenia, które są naprawdę duże. Osobiście uważam, że technologię powinno się dostosować do potrzeb, a nie potrzeby do technologii. Dlatego, w moim przypadku, Steam Deck to głównie przenośna konsola do grania. Na chwilę obecną nie czuję wprowadzania jakiś większym modyfikacji. Ten sprzęt dobrze uzupełnia moją codzienność.

Steam Deck

Steam Deckowi jest daleko do doskonałości, jednak to dobry sprzęt z kilkoma wadami

Przede wszystkim jest duży. Osoby z mniejszymi dłońmi mogą odczuwać dyskomfort w trakcie korzystania. Moja Żona miała duży problem, aby sięgnąć kciukami do analogów. Lepiej jej leży Pstryk. Ja mam duże łapska, więc bez problemu sobie radziłem, natomiast bardzo żałuję wzięcia Steam Decka w podróż pociągiem. Niespecjalnie się sprawdził, musiałem cały czas pamiętać o tym, że mam ze sobą dodatkowy bagaż. W plecaku miałem już ultrabooka oraz obiad do biura. Wiem, że na wyjazdy do pracy raczej będę zabierał konsolę od Nintendo. Razem z gabarytami idzie waga. Steam Deck waży około 669 gramów, natomiast Pstryk z JoyConami 398 gramów. Szybciej męczą mi się w nim ręce, szczególnie gdy decyduję się na jakąś giereczkową sesję w łóżku.

Wiatrak faktycznie potrafi się rozkręcić, ale jego hałas mi niespecjalnie przeszkadza. Raz, że jestem przyzwyczajony, bo gram na laptopie, który czasem odlatuje, a dwa bardzo często mam na uszach słuchawki. Celowo kilka razy się mu przysłuchałem, mnie nie przeszkadza, ale zdaję sobie sprawę z tego, że znajdą się osoby, które na pewno będą zwracać na niego uwagę.

Nie mogę też pominąć kwestii baterii. Steam Deck potrafi szybko się wyczerpać, szczególnie przy bardziej wymagających tytułach. Nie ma w tym nic dziwnego, ale jeśli ktoś chce korzystać ze Steam Decka w trakcie wyjazdów, to zachęcam do kupienia sensownego powerbanka. Jak zauważył Michas pod jednym z moich tekstów, ważne jest to, aby miał 45 W Power Delivery. Trzeba też pamiętać o tym, że Steam Deck nie ma żadnego trybu szybkiego ładowania! Jeśli bateria się rozładuje, to trzeba uzbroić się w cierpliwość, zanim będzie można go wyłączyć z kontaktu. Na dodatek, przy długim i intensywnym używaniu, potrafi się zrobić ciepły. Też nie ma w tym nic dziwnego, ale warto odnotować, że czasem się nagrzewa.

Przez te dwa miesiące intensywnego korzystania, nie zauważyłem większych problemów z wydajnością lub samym sprzętem. Steam Deck ma kilka niedociągnięć, ale sądzę, że jest to bardzo dobre urządzenie, które zostało nieźle wykonane. Mam nadzieję, że pozostanie długo w dobrej kondycji i szczerze polecam go grającym osobom. Szczególnie jeśli ostatnio niespecjalnie mają czas na swoje hobby. Dzięki Steam Deckowi można je wcisnąć pomiędzy codzienne sprawunki.

Weekend z konsolą Steam Deck: pierwsze wrażenia z użytkowania