Piękny Canon MC już w moich rękach. Nie obyło się bez nerwów
Kolejny dzień, kolejny aparat analogowy!
Kilka dni temu wspominałem Wam o analogowych zakupach, aparatach, których szkoda było nie kupić. Kosztowały grosze, były piękne i w doskonałym stanie. Właśnie pierwszy z nich dotarł, a więc czas podzielić się z Wami pierwszymi wrażeniami. Przed Wami piękny, zgrabny i w doskonałym zestawieniu kolorystycznym: Canon MC.
Obserwując moim laickim okiem rynek aparatów analogowych sprzed lat, to w zasadzie sporo się pozmieniało, zestawiając cały rynek z tym, jak to wygląda teraz. Chyba śmiało można powiedzieć, że w latach 70-90 ubiegłego wieku to właśnie Nikon stał na czele zestawień najbardziej jakościowych aparatów i był synonimem doskonałej jakości i tym samym popularności wśród profesjonalistów. Oczywiście pewnie było tych brandów więcej, ale zmierzam do tego, że największej zmiany dokonał Canon. Mam wrażenie, że w tych samych czasach, ubiegłego wieku marka ta nie była kojarzona jako główny konkurent Nikona, co oczywiście stoi w przeciwwadze do tego, jak to wygląda teraz.

To oczywiście wcale nie znaczy, że nie mieli dobrych sprzętów, wręcz przeciwnie. Dlatego też chętnie rozglądamy się po aukcjach i dalej polujemy, chociażby na słynnego AE-1, który w końcu do nas trafi i dlatego też kupiliśmy dwie klasyki: Canon AF35M i dzisiejszego bohatera: Canon MC.
Canon MC – budowa i konstrukcja

W zasadzie gdy rozmawiamy z chłopakami w redakcji na temat tego, co w fotografii analogowej nas interesuje, to w moim wypadku wole w pełni manualne aparaty z lat 60-70 i/lub te z połowy lat 80tych. Mam problem z aparatami, które stawiały pierwsze kroki z Auto Focusem, bo są dla mnie… hmmm… zbyt spartańskie? Nie mam dobrego określenia na tę technologię. Dlatego też Autoboy jest poza moim zainteresowaniem, ale Canon MC już zdecydowanie do mnie trafia. Jest on zwyczajnie piękny i ma swój urok, ale od początku.

Canon MC to przede wszystkim ultra kompaktowa konstrukcja w dość charakterystycznych i nietypowych kolorach jak na sprzęt z czasów minionych. Mamy piękny grafitowy kolor (albo zielonkawy, wybaczcie jestem daltonistą 😉 ), połączony z charakterystycznymi złotymi akcentami/napisami. Puszka jest naprawdę niewielka, a sam aparat może się idealnie wpisywać w ideę aparatów typu point and shoot. Mamy w zestawie Auto Focus, a całość zasilana jest dwoma bateriami AAA.
Prawdziwą cechą tego sprzętu jest bardzo charakterystycznie odsuwana klapka, która skrywa obiektyw. Ten ma ogniskową 35mm i ma przysłonę f2.8, a więc idealny zestaw do street photo.
Pierwsze wrażenia, pierwszy stres
Aparat złapałem w symbolicznym budżecie, a jego stan zapowiadał się na bardzo obiecujący. Kiedy sprzęt dotarł do mnie z Niemiec, okazało się, że faktycznie ma kilka zadrapań na obudowie, szczególnie w dolnych krawędziach, ale kompletnie to nie zakłóca świetnego wrażenia. Pojawił się jednak pewien problem, bo okazało się, że nie jestem w stanie rozsunąć przedniej klapki, by właściwie uruchomić aparat. Coś się zacięło.

Szybko zajrzałem na aukcje, poszukując przeoczonej informacji, że aparat jest uszkodzony. Nic nie znalazłem. Mało tego, zdjęcia aparatu na aukcji pokazywały go tylko w zamkniętą klapką, wiec w pierwszej chwili poczułem się oszukany. Próbowałem użyć delikatnie siły, ale ewidentnie coś się zacięło. Postanowiłem więc napisać do sprzedawcy z prośbą o informacje, jak właściwie go otworzyć. Youtubue podpowiadał, że klapka powinna się otwierać przy użyciu absolutnie delikatnej siły, co w oczywiście w moim przypadku nie działało. Ostatecznie podważyłem nożem delikatnie osłonkę i voila, klapka się rozsunęła. Najpewniej problemem był fakt, że plastikowy element wyskoczył z prowadnicy. Po tym zabiegu aparat rozsuwał się bez najmniejszego problemu.

Aparat został zaprezentowany w 1985 roku i pięknie się zestarzał. Autofocus wydaje się być precyzyjny z charakterystycznymi wskazaniami na piktogramy: człowieka, grupy osób czy np. piktogramu góry, symbolizującej ostrzenie na nieskończoność przy krajobrazach. Nie wiem, czy mój egzemplarz nie jest uszkodzony, bo wydaje mi się, że powinien wskazywać wybraną ikonkę przy wciśniętym do połowy spuście migawki, ale tego nie robi. Pokazuje dopiero zadany piktogram, kiedy spust migawki zostanie wciśnięty. Nie jestem jednak pewien czy to bug czy feature.
To, co na pewno jest dość charakterystyczne, to muszę za każdym razem upewnić się, że klapka jest rozsunięta na pewno do końca, bo inaczej nie zadziała spust migawki. Innych wad, póki co nie zauważyłem. Czekam z niecierpliwością na załadowanie filmu i pierwszą okazję, kiedy będę mógł nim zrobić kilka zdjęć, czego efekty oczywiście pokażemy Wam na stałce. Niemniej zapowiada się świetny, niedrogi aparat, który uzupełni naszą stałkową kolekcje. Tymczasem zostawiam Wam kilka zdjęć, w oczekiwaniu na recenzje i wywołanie pierwszego filmu.








Last modified: 28 kwietnia 2024

Proponuję zapoznać się z historią Minolty i w jakim stopniu Canon i Nikon gonił za innowacyjnością technologiczną tej marki.
Minolta to faktycznie kompletnie inny świat, jeszcze mi nieco obcy, ale polujemy na ich kilka aparatów 🙂
Słabo. Bardzo. Wiedza mizerna. Proponuję się poduczyć a następnie zabierać za recenzję.
Słaby, bardzo słaby komentarz. Kompletnie niemerytoryczny. Proponuje się poduczyć pisać konstruktywne komentarze, a następnie zabierać się za komentowanie.
A tak serio, to nie jest recenzja kolego, to są pierwsze wrażenia, co jest napisane w tekście.
W latach 80 i później nie było różnic między Canonami a Nikonami, były dwa kościoły – canonistów i nikonistów.
Jak to nie było różnic 😀
Też tak kombinowałem na prawo i lewo i doszedłem do prostej prawdy. Prawdy znanej pradziadom. W aparacie najważniejszy jest obiektyw, później wizjer, później walory użytkowe.
Z tanich staroci Pentaxy były super. Szczególnie te me-super z takumarami. Takumary wprawdzie pleśnieją więc co 10 lat warto oddać do serwisu, ale zdjęcia rysują że hej.
Piękniej rysują takumary z p67, mam od 12 lat i nie szukam zmian, chociaż że względu na wagę zestawu kusi mnie czasem lekki średniak.
Z drogich staroci też mogę coś polecić 🙂