Sprzęt w którym się zakochałem w 2019 to monocykle (Ninebot One E+ oraz Inmotion V5F)

Sprzęt w którym się zakochałem w 2019 to monocykle (Ninebot One E+ oraz Inmotion V5F)

Opublikowano 9.01.2020 14:13 -


Na pytanie, jakie jest moje ulubione urządzenie, które testowałem w 2019, nie miałem nawet chwili zawahania się. Od razu wskazałem monocykle. Nie mam tu na myśli konkretnego modelu, bo większość z zaawansowanych konstrukcji jest świetna, ale typ pojazdu elektrycznego, który zmienił moje podejście do tego środka transportu.

Podczas gdy pojazdy elektryczne zalewają świat, Europę oraz Polskę w postaci sharingu, wielu decyduje się na prywatny środek transportu. Bardzo często są to pojazdy takie same, jakich używają firmy pokroju Lime, bo w końcu możemy je przed zakupem dowolnie długo testować. Dopiero gdy nabierzemy pewności co do sensu ich zakupu, składamy zamówienie. Hulajnogi są najczęściej wybieraną formą transportu, ale moim zdaniem i najmniej ciekawą.

Monocykle

Jak sama nazwa wskazuje, jest to pojazd, który posiada tylko 1 koło. Do tego jest sterowany w poprzez zmianę środka ciężkości na wzór Segway’a. Pochylamy się do przodu, to jedziemy do przodu, przechylamy się w tył — hamujemy, a następnie jedziemy na wstecznym. Proste, prawda?

2 dni, 4 godziny prób i ani jednego przejechanego metra – pierwsze wrażenia na jednokołowcu Ninebot

Jak możecie przeczytać powyżej wcale nie aż tak proste, choć znam osoby, które po 30 minutach śmigały i na takim sprzęcie. Ba! Kolega jeżdżący na BMX zawodowo, zwyczajnie na niego wskoczył i pojechał. Głupio mi było powiedzieć, że mi zajęło to 2 dni :)

Chyba czas nauki to największa wada tego środka lokomocji. Na hulajnogę, deskę czy hoverboardy wskoczysz i pojedziesz po kilku nerwowych manewrach. Tutaj musisz założyć czas na naukę. Wierzcie mi, warto. Wygoda, osiągi i frajda, jakiej doświadczacie później, zrekompensują dowolną ilość czasu spędzoną na nauce.

Ale czemu to jest lepsze niż np. hulajnoga?

Po całym sezonie jazdy na prywatnym Ninebot E+, testowanym Inmotion V5F oraz przypadkowo pożyczonych Ninebot Z10 czy Inmotion V8 mogę powiedzieć, że wad nie ma. No może złożoność konstrukcji, a co za tym idzie przyszłe ewentualne naprawy. Cena jest niemalże identyczna, co w przypadku innych pojazdów o podobnych parametrach jazdy.

Dla przykładu taki Inmotion V5F czy Ninebot E+ jeżdżą po 20+ km/h i mają zasięg ok. 25 km, a przy tym kosztują ok. 2000 zł. Niemało, ale kto orientował się w cenach tzw. UTO (Urządzenia Transportu Osobistego), wie, że za 800 zł to można kupić coś do ewentualnej nauki.

Zalety? Poza osiągami jest to możliwość operowania rękoma, które nie muszą trzymać kierownicy. Nie polecam pisania wiadomości SMS, ale wiem, że i tak to robicie :)

Poza tym wygląda się na tym dużo fajniej niż na takiej hulajnodze czy desce. Wielokrotnie byłem zaczepiany przez przypadkowo spotkanych ludzi, którzy wypytywali co do za UFO, ile kosztuje i jak się na tym jeździ. Bardzo miłe doświadczenie.

Ostatni i najważniejszy argument to wielkość koła. Przeważnie jest to 14″ albo 16″, choć są i potwory z 22″ kołem. Nawet najmniejsze 14″ są o wiele większe niż te stosowane w innych pojazdach. Taki Ninebot Mini ma 10,5″ koła, podczas gdy hulajnoga tego samego producenta ma 8,5″. Co nam daje większe koło? Większą stabilność i pewność, że przy wpadnięciu w dziurę nie zblokuje się, a nas katapultuje.

Przed zakupem swojego monocykla miałem UTO za zabawkę dla bogatych albo zwykłą formę transportu. Obie opcje wydawały mi się niezbyt ciekawe. Dopiero odkrycie i zdecydowanie się na monocykl, odmieniło moje podejście do elektrycznych pojazdów, choć nadal uważam, że 1 koło nie oznacza mniej niż 2.

Wieści z Rozładowani.pl