Sekiro: Shadows Die Twice – pierwsze wrażenia

Sekiro: Shadows Die Twice – pierwsze wrażenia

Opublikowano 22.03.2019 8:17 -


Nie wiem, co przyciągnęło mnie do nowej gry od From Software. Doświadczenia z tytułami typu souls mam raczej kiepskie. Już przy „Lords Of The Fallen” miałam ochotę cisnąć padem o ścianę, a tam przeszłam może dwie lokacje. „Sekiro: Shadows Die Twice” znienawidziłam po pół godziny rozgrywki, ale wiecie co? To pierwszy souls, do którego chcę wracać mimo tej całej frustracji.

Nie chodzi o japoński anturaż, ciekawą historię czy estetyczne dopracowanie. Nie chodzi o radośnie tryskającą na wszystkie strony krew (którą swoją drogą można w opcjach wyłączyć, tylko po co?) czy intrygującego bohatera-mruka. O co więc chodzi? O dynamikę.

Powolne, ociężałe ruchy gigantów w kilkutonowych zbrojach przeszły do historii. „Sekiro” odkrywa przed graczami nowy typ soulsowego bohatera. Shinobi jest szalenie zwinny – szybko biega, wysoko skacze, może czepiać się krawędzi i (uwaga!) korzystać z linki z hakiem. Do tego wszystkiego wyposażony jest w mechaniczne przedramię, które można z czasem udoskonalać. Pod wieloma względami „Sekiro” przypomina combo „Assasin’s Creed”, „Spidermana”, „Uncharted” i „Dying Lighta” z duchem „Dark Souls”. Serio.

Nie miałam jeszcze okazji poświęcić rozgrywce zbyt wiele czasu, ale pierwsze wrażenia mam naprawdę pozytywne. Mnogość znajdziek, upchanych między wierszami pobocznych historyjek, mroczna i wyraźnie fantastyczna aura nowego tytułu From Software nieco mnie na ten moment oszałamiają. Każdy kolejny krok przynosi nowe informacje i możliwości. O niektórych rzeczach, co typowe dla tego typu tytułu, dowiaduję się z opóźnieniem. Po czasie pluję sobie w brodę, że męczyłam się z bossem w jakiś sposób, chociaż mogłam wykorzystać dostępny trik.

Wady? Z czasem pewnie jakieś się znajdą. Na początku mogę w zasadzie wspomnieć o jednej i wyjątkowo nieistotnej. Wprowadzające intro z jakiegoś powodu wielokrotnie mi się przycięło (sprawdziłam 2 razy). Bałam się, że rzecz będzie powtarzała się w trakcie rozgrywki, ale na razie nic takiego nie miało miejsca. Musiałam też nauczyć się sterowania – przyzwyczaiłam się bowiem do takich rzeczy, jak np. podciąganie się pod określonym przyciskiem.

Nie liczyłam, ile razy uśmierciłam swojego Shinobi. Milion? Miliard? Na pewno bardzo dużo, bo liczna rezurekcja mojego bohatera przynosi już konsekwencje dla świata przedstawionego. Ale nic to, tak musi być. Zwłaszcza że w „Sekiro” poziom trudności jest tylko jeden.

Wiecie co? Mogłabym napisać więcej, ale im szybciej skończę ten tekst, tym szybciej wrócę do konsoli, więc… do przeczytania wkrótce w pełnej, z pewnością obszernej recenzji!