e-Gravel i Szosa Sprzęt i Akcesoria

Elektryczny rower? Powody dla, których warto go kupić4 min czytania

4 października 2021 3 min read

Elektryczny rower? Powody dla, których warto go kupić4 min czytania

Wiadomo, z lenistwa. Czy tylko z tego powodu jednak? Na pewno nie. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że lenistwo, jeśli w ogóle bywa powodem, aby decydować się na zakup elektrycznego roweru, to na tyle sporadycznie, że można to uznać za błąd statystyczny.

Zastanówmy się, jakie korzyści możemy odnieść, przesiadając się z roweru napędzanego tylko siłą naszych mięśni (i czasami wiatrem w plecy) na rower ze wspomaganiem?

Dalej, dłużej, szybciej

Nawet wtedy, kiedy jeździmy regularnie i mamy dobrą kondycję, rower elektryczny pozwoli nam szybciej osiągnąć „prędkość przelotową”, utrzymać ją łatwiej i dłużej. Tym samym dojedziemy dalej, zobaczymy więcej i będziemy mniej zmęczeni. Jeśli się z kimś umówiliśmy, to dotrzemy na czas, nawet jadąc pod wiatr. I nie będziemy musieli zmieniać koszuli przesiąkniętej potem potem, jeśli wypada wyglądać „po ludzku”.

Łatwiej i chętniej

Choć w rowerze elektrycznym jest silnik, to jazda nim nie wygląda tak, jak jazda motorowerem, czy motocyklem. Nadal wymaga wysiłku, tyle że obciąża nas mniej i zmęczymy się tylko tyle, ile sami będziemy chcieli, a nie tyle, ile musimy, aby jakoś wrócić do domu i szczęśliwie nie dostać zawału serca. Wymaga to oczywiście odrobiny wyobraźni i planowania.

Komfort jazdy na rowerze elektrycznym pozwala na użytkowanie go przez osoby słabsze, mniej wydolne z powodu choroby czy wieku. Ba, można pogadać sobie w czasie jazdy, albo od razu po zatrzymaniu, bez czekania, aż minie zadyszka.

Właściciele rowerów elektrycznych korzystają z nich częściej (ponoć dwa razy częściej) niż właściciele rowerów klasycznych. Przyjemność z jazdy jest większa i mniej skłonni jesteśmy do szukania wymówek typu: „zmęczona/y dziś jestem”.

Oszczędniej

Choć rower elektryczny jest droższy niż rower klasyczny, to jest tańszy niż samochód, a często w zupełności wystarczający do codziennego użytku, np. dojazdów do pracy. Jest też wielokrotnie tańszy w utrzymaniu, a więc: oszczędność. W miastach zaoszczędzimy też czas, bo korki nam już nie będą straszne.

Płynniej i bezpieczniej

Z tego powodu, że jadąc na „elektryku” szybciej i łatwiej nabieramy prędkości, to w mieście nie odstajemy tak bardzo od ruchu samochodowego — w końcu jeździmy z prędkością nawet 30 km/h! Nie mamy też skłonności do przejeżdżania na „żółtym” i chętniej się zatrzymujemy. To zmniejsza ryzyko potrącenia przez nieuważnego kierowcę samochodu. A to tylko dlatego, że rozpędzenie się nie wymaga wiele wysiłku.

Górki i wiatr już nie takie straszne

Silnik sprawia, że podjazdy przestają być mordęgą pokonywaną na najniższym biegu i do tego czasami stojąc na pedałach. Po prostu jedziemy i cieszymy się samą jazdą. Mamy radochę nawet wtedy, gdy na szczycie wiatr uderzy nam w twarz z prędkością sztormową. Łatwiej też jest wtedy, kiedy wieje z boku. Silnik, a szczególnie akumulator, swoje waży, więc rower jest mniej podatny na boczne podmuchy wiatru i stabilniejszy. Nie usłyszymy już w głowie naszego wewnętrznego marudy: „znowu pod górę… i do tego pod wiatr…”.

Więcej na drogę

Kiedy wybieramy się na wycieczkę na plażę, wspomaganie uwalnia nas od dylematów typu: wziąć ręcznik i kanapki, czy materac? Pakujemy ręcznik plażowy zamiast ściereczki ręcznik udającej, półtoralitową zamiast dwustumililitrowej butelkę wody, bierzemy pięć kanapek i sałatkę na deser, a nie jedynie paczkę sucharów, do tego materac i dmuchanego kraba do pływania. Acha, nie zapomnijmy wziąć elektrycznej pompki do materaca! Nie ma co się ograniczać. I tak nie odczujemy obciążenia. Jeśli chcemy plażować bardzo po polsku, to możemy zabrać nawet parawan i młotek do wbijania śledzi go mocujących.

Wolność i wybór

Jadąc na rowerze elektrycznym mamy taką samą frajdę z jazdy, jak na klasycznym rowerze. Tylko większą, bo kiedy chcemy, to wyłączamy silnik i ciśniemy, ile mamy sił w nogach, a jeśli chcemy siły zachować na inne czynności, to wspieramy się elektrycznością — cudem XX wieku. To daje wolność. Sami decydujemy: jak bardzo chcemy się zmęczyć, jak daleko chcemy zajechać, jak szybko chcemy dotrzeć na miejsce, zależnie od tego zmieniamy jedynie stopień, w jakim w pedałowaniu pomaga nam silnik.

Udanych wycieczek życzę.


Artykuł gościnny. Autorem jest Robert Augustyn.

Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Mariusz

Potwierdzam, mam 50 lat i problem z kolanami, zabrakło mazidła w woreczkach stawowych, w chrząstce był ubytek. Leczenie drogie a pasja jeżdżenia pozostała, zdecydowałem się na elektryka i to był strzał w dyszkę, pokochałem rower na nowo 😉

Tomek

Baju baju. To dobry kit dla samotnych. Po pierwsze, nie zastąpi do końca samochodu. Dużo ludzi dojeżdża dalej niż 5 km, mają dzieci, robią zakupy, wożą laptopy etc. Dojazd 10km w duzym miesce zajmuje mi 20 minut, rowerem byloby nie krócej. W dodatku bez zlania deszczem, grzania słońcem, bez łapania kurzu. A z kolei jak ktos dojezdza 5km to zamiast wydac 15k na rower elektryczny lepiej wstawac 20 minut wczesniej.
Dalej – elektryk kosztuje 10-15 k i dostaje sie gwarancje 2 lata na silnik, to jest smieszne.

Daniel Buliński

OK, rower nie dla Ciebie – jestem w stanie zrozumieć. Więcej baju baju to jest akurat w tym co Ty napisałeś ;). Po pierwsze: 5 Km to nie dystans. Znaczna większość ludzi, ma do pracy nie więcej niż 8 km i odległość ta z roku na rok się zmniejsza (jest zależność między bezrobociem a tą odległością). Statystycznie ponad połowa polaków robi zakupy kilka razy w tygodniu. Aż 29% robi to CODZIENNIE – jazda na zakupy rowerem nie jest problemem. Problem przewozu dzieci rozwiązują rowery cargo – nawet polski Kross zauważył ich zrost popularności. Po drugie: miło, że nie stoisz w korkach – moja droga do pracy to 7,5 km. Samochodem w sezonie to czasem od 40 do nawet 80 minut (nie licząc kłopotów z parkowaniem) – rowerem poniżej 22 minut. Po trzecie: Jazda w deszczu nie jest uciążliwa – tak się wydaje tylko osobom, które tego nie próbowały (albo zrobiły to raz czy dwa). Słyszałeś o pojęciu „Viking Biking” to dojazd do pracy w ekstremalnych warunkach – również przez kobiety z dziećmi. Zresztą ja od stycznia jędzę rowerem do pracy – nawet podczas mrozu i deszczu – mnie ten argument nie przekonuje. Po trzecie: nie każdy elektryczny rower kosztuje 15K zł. Znam człowieka, który do pracy jeździ elektrycznym Porsche Taycan Turbo S, ktoś inny katuje 25 letniego Opla – każdy kupuje co chce. Dalej – kupując samochód, na ile dostajesz gwarancję? Rower to znacznie mniej skomplikowana i problematyczna konstrukcja a gwarancja i obsługa jest mniej problematyczna. Twój argument wydaje się więc śmieszny. Zwłaszcza dla posiadaczy elektrycznych rowerów 🙂

3
0
Would love your thoughts, please comment.x