„Ritual: Crown of Horns” - idealny zapychacz czasu

„Ritual: Crown of Horns” - idealny zapychacz czasu

Opublikowano 25.11.2019 19:48 -


Na mojej prywatnej liście gier do recenzji znalazła się polska produkcja. Utrzymana w klimacie żywcem wziętym z „Hard West”. Co oznacza dużo strzelania, sporo okultyzmu, a także mroczną atmosferę pełną przerażających przeciwników. Jestem miłośnikiem weird fiction, niezależnie od formy, jaką przybierze. W przypadku „Ritual: Crown of Horns” jest to zręcznościowa strzelanka, w której gracz odpiera hordy wrogów. Może się wydawać, że ten gatunek nie wymaga zbyt wiele od twórców, aby dostarczyć dobrą rozrywkę odbiorcy. Nic bardziej mylnego.

Zainstalowałem grę „Ritual: Crown of Horns”. Odpaliłem, usiadłem wygodnie przed monitorem. Rozpocząłem samouczek. Standardowe komunikaty. Tak się chodzi, tak się strzela, tak się zmienia bronie, a tutaj są specjalne umiejętności. Cel? Chronić wiedźmę w trakcie rytuału, nikt nie może jej przeszkadzać. W tym celu należy eliminować przeciwników za pomocą całkiem sympatycznego arsenału. Mnie do gustu przypadło zestawienie czaru zamrażającego ze strzelbą. W międzyczasie wspomagałem się rewolwerem i kuszą.

Zabawa w „Ritual: Crown of Horns” opiera się w dużej mierze na odpowiednim zarządzaniu ekwipunkiem oraz czasem. Każda misja wymaga innego przygotowania, które wymusza odmienny rytm strzelania.

Dlatego trzeba zwracać uwagę na statystki broni, takie jak prędkość przeładowania i obrażenia. Tak, nawet w takiej strzelance znalazłem elementy, które wymagały ode mnie odpowiedniej optymalizacji.

Samo strzelanie jest całkiem w porządku. System celowania jest w porządku. Bez najmniejszego problemu można opanować działanie poszczególnych broni. Bywa, że istotne są takie statystyki jak rozrzut lub przebijanie, które pozwala unicestwiać wielu wrogów za pomocą jednego strzału.

Twórcy zachowali także dobrą różnorodność przeciwników. Wybuchają, mają tarcze, niektórzy są wyposażeni w tarany, dzięki którym szybciej niszczą blokady i otwierają nowe drogi do wiedźmy.

Właśnie dzięki temu czułem, że zawsze czeka mnie coś ciekawego na danej mapie. Czasem musiałem kilka razy rozpoczynać jedną misję, ponieważ wybrałem złe wyposażenie. Do kombinowania zmuszają także różnego rodzaju wyzwania. Warto je wykonywać, ponieważ zapewniają walutę, którą można później wydać na ulepszenia. Nie będę ukrywał tego, że zabawa w „Ritual: Crown of Horns” sprawiła mi dużo przyjemności. Gra jest w porządku, nie ma w niej nic odkrywczego. To dobra realizacja, która na pewno zapewni sporo zabawy osobom, które szukają czegoś do postrzelania.

Jednak muszę zaznaczyć, że same mapy nie zostały dobrze zaprojektowane. Przynajmniej moim zdaniem. Zostały na nich rozmieszczone różne punkty, przez które muszą przecisnąć się wrogowie i ma to duże znaczenie strategiczne. Problemem jest tutaj czytelność obiektów. W ferworze walki często bywałem zablokowany przez różnego rodzaju kolizje, na które wcześniej nie zwróciłem uwagi. Sprawy nie ułatwia mroczny klimat gry.

Zachowanie wielu obiektów na mapie nie jest intuicyjne, zawsze trzeba je sprawdzić. Strzelić, rzucić czar lub nawet spróbować przez nie przejść.

Dopiero po takim przetestowaniu zaczynałem czuć mapy i płynnie się po nich poruszać, co jest całkiem ważne w przypadku gry, w której zdaniem jest odpieranie hordy przeciwników.

„Ritual: Crown of Horns” polecam osobom, które poszukują ciekawego zapychacza czasu. Produkcja jest dostępna na Switcha i podejrzewam, że na tej konsoli sprawdzi się doskonale.

Wieści z Rozładowani.pl