Wygraj (z) katarem! Recenzja gry "Hayfever"

Wygraj (z) katarem! Recenzja gry “Hayfever”

Opublikowano 4.03.2020 7:59 -


W kalendarzu nieuchronnie miejsce zimowych miesięcy zajął właśnie marzec, a to pierwszy krok w stronę ocieplenia i ponownego przebudzenia się natury. Dla jednych jest to informacja pozytywna, dla drugich fatalna. Nie cieszą się z pewnością alergicy, dla których nadchodzi czas kataru siennego i milionów monet wydawanych na krople, chusteczki czy tabletki.

Z bardzo podobną, choć wyolbrzymioną do ekstremum, przypadłością zmaga się bohater platformowej gry 2D „Hayfever” (z angielskiego hay fever to katar sienny) – debiutanckiej produkcji małego szwedzkiego studia Pixadome, wydanej przez Zordix Publishing. Kiedy przychodzi wiosna, praca protagonisty, listonosza Tomka, staje się koszmarem. Wystarcza odrobina kwiatowego pyłku, by potężne kichnięcie bohatera rozrzuciło przeznaczone do doręczenia listy po całej okolicy. Pociągający nosem ze strachu i alergii bohater musi odnaleźć wszystkie przesyłki, uważając przy tym na liczne zagrożenia.

hayfever – przebieg gry

Przy pierwszym spotkaniu „Hayfever” może zwieść odbiorcę kolorową, utrzymaną w stylu retro oprawą graficzną oraz nieskomplikowanym samouczkiem. Mechanika gry opiera się na skakaniu w celu unikania rozlicznych niebezpieczeństw oraz zbierania listów. Możliwości akrobatyczne bohatera, jak na ironię, polepsza jego katar. Wchodząc w pyłkowe chmury, ładujemy 3-stopniowy pasek kichnięcia, które aktywujemy odpowiednim przyciskiem. Im bardziej pasek jest naładowany w chwili uwolnienia, tym wyżej i dalej skacze nasz bohater. By nie było to przekleństwem, lecz supermocą, gracz musi się nauczyć odpowiednio sterować tą umiejętnością.

Początkowo wydaje się, że „Hayfever” nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Ot, proste zagadki logiczne, wymagające główkowania, jak dostać się w jakieś konkretne miejsce, czy ominąć daną pułapkę. Z czasem okazuje się jednak, że kilka pierwszych ze 140 poziomów to tylko przedłużona wersja samouczka, a sama gra jest piekielnie trudna i momentami wybitnie irytująca. Nie, nie dlatego, że jest niedopracowana, lecz dlatego, że wymaga idealnego opanowania mechaniki. Kiedy sterowany przez gracza protagonista w ostatniej chwili spada z lokacji, na którą wspięcie się zajęło ostatnie 20 minut, można dostać apopleksji. Mój partner z pewnością miał ubaw, patrząc, jak walczę ze sobą, by nie cisnąć padem w telewizor.

Im dalej w las, tym trudniejsze są poziomy. Pojawiają się też nowe zagrożenia lub alternatywny sposób ich „wykorzystania”. Obok „podstawowych” chmur pyłków zaczynają się np. formować ich skoncentrowane wersje, które z miejsca potrafią wystrzelić listonosza Tomka w odległą część planszy. Warto przy tym zaznaczyć, że niektóre mają z góry określoną kierunkowość ruchu, a inne wymagają podjęcia decyzji w tym zakresie. Nie muszę chyba pisać, że od tej decyzji nierzadko zależy życie naszego bohatera? Z czasem na początkowo pustych planszach widzimy już nie tylko różne rodzaje pyłku, ale też agresywne strachy na wróble (?), pszczoły, orzeszki i inne takie.

Obok zadania głównego, czyli zbierania listów, przed graczem znajduje się też inne wyzwanie – odnajdowanie sekretów. Te, same w sobie, nie są jakieś imponujące i w zasadzie nie dają nam nic poza trofeum i satysfakcją, że udało nam się je odnaleźć i pokonać do nich – najczęściej okrutnie skomplikowaną – drogę. Swoistą wadą „Hayfever” jest też jej udźwiękowienie. Melodyjki przygrywające w tle są całkiem przyjemne (autor to Knasibas), ale nieustające słuchanie odgłosów kichania na dłuższą metę po prostu działa na nerwy, choć z oczywistych względów twórcy nie mogli go uniknąć. Wiecie, że istnieje schorzenie takie, jak mizofonia – nadwrażliwość na dźwięki, zwłaszcza te wydawane przez ludzi, jak kichanie, pociąganie nosem, albo mlaskanie? Po „Hayfever” zaczęłam się o nie podejrzewać.

„Hayfever” to całkiem przyjemny tytuł, który świetnie sprawdza się jako wieczorna odskocznia od problemów. Przejście jednej planszy nie zajmuje wiele czasu, ale stanowi satysfakcjonujące wyzwanie. Z drugiej strony gra potrafi dość szybko człowieka zirytować, co gwarantuje, że nie zarwiemy dla niej nocy, lecz przerwiemy rozgrywkę w odpowiednim momencie, by się wyspać. To również doskonała opcja dla wszystkich, którzy narzekają na to, że współczesne gry są zbyt proste. Tytuł dostępny jest na PS4 (miałam przyjemność testować go właśnie w tej wersji), Xbox One i PC. W zależności od platformy przyjdzie nam za niego zapłacić około 50-60 zł.

Wieści z Rozładowani.pl