Po kilkunastu godzinach spędzonych w "West of Dead" mam wrażenie, że czegoś tutaj brakuje

Po kilkunastu godzinach spędzonych w “West of Dead” mam wrażenie, że czegoś tutaj brakuje

Opublikowano 1.07.2020 21:38 -


Jako fanów wszelkiej maści roguelike’ów, nie mogłem odpuścić “West of Dead”. Klimat, który widziałem na trailerach od razu mnie kupił. Mroczny Dziki Zachód, ciasne pomieszczenia i rozgrywka wymagająca wyczucia czasu oraz poszukiwania osłon. Fajnie to wyglądało, jednak mam wątpliwości co do realizacji. Nie jestem wrogiem losowości w roguelike’ach, wręcz ją uwielbiam. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że musi ona dobrze współgrać z pozostałymi elementami pętli. Po kilkunastu godzinach spędzonych w “West of Dead” mam wrażenie, że czegoś tutaj brakuje.

Gry utrzymane w konwencji roguelike’ów mają to do siebie, że wymagają od gracza ciągłego umierania. Trzeba przegrywać, aby nauczyć się czegoś nowego o świecie. Najczęściej dotyczy to pierwszej konfrontacji z nowym przeciwnikiem. Odbiorca nie wie, jak wróg atakuje, nie potrafi dostosować umiejętności lub uniknąć uderzenia, w wyniku czego często obrywa, aż w końcu przegrywa. Zaczyna od nowa, ale teraz wie, czego się spodziewać. Inaczej przygotowuje się do kolejnego starcia, pokonuje przeciwnika i może kontynuować przygodę. Ten element “West od Dead” ma opracowany do perfekcji. Zarówno pod kątem dobrej różnorodności przeciwników, jak i ich umiejętności.

Z przyjemnością ścierałem się z nowymi wrogami, uczyłem się ich sposobu walki i zawsze próbowałem ich pokonać za pierwszym razem. Co nie zawsze się udawało, ale w kolejnym podejściu byłem mądrzejszy o ostatnią śmierć i radziłem sobie z moim wcześniejszym oprawcą.

Duży wpływ na walkę ma dobry, bo dynamiczny, sposób rozgrywki. Istotne jest światło. Używanie lamp nie tylko ogłusza przeklętych przeciwników, ale także ułatwia celowanie. Sama walka wymaga częstego zmieniania pozycji, wyszukiwania osłon oraz dobrego zgrania momentu opróżnienia magazynka z koniecznością przeładowania. Pociągnięcie za wirtualny spust za pomocą przycisku na padzie, daję mnóstwo satysfakcji. Tak samo jak dobre wykorzystanie osłony i rozwalenie kilku przeciwników za pomocą muszkietu.

Niestety, “West of Dead” nie składa się wyłącznie z takich cudownych momentów. Jest w tej grze solidna porcja goryczy, która sprawia, że frustracja czasami góruje nad przyjemnością.

Mam na myśli równowagę pomiędzy rozwojem postaci (przedmioty, umiejętności oraz kolejne poziomy statystyk) i przeciwnikami. Odniosłem wrażenie, że wraz z rozpoczęciem trzeciego rozdziału zostaje ona zaburzona. Na niekorzyść gracza. O ile wcześniej, wytrzymałość wrogów rosła w zadowalającym tempie, to później zmieniają się w smutne gąbki zdolne przyjąć zdecydowanie zbyt wiele strzałów z dobrych broni. Próbowałem różnych podejść i co jakiś czas zderzam się ze ścianą grindu i zbyt odpornych przeciwników. W roguelike’ach zawsze walczyłem tylko tym, co udało mi się zdobyć. Bywało, że ratował mnie spryt, szczęście lub dobra rotacja cyfrowych umiejętności.

W “West od Dead” również tak się zdarzało, ale zdecydowanie częściej przegrywałem, ponieważ nie znalazłem wcześniej mocniejszej broni lub handlarz nie miał nic ciekawego w ofercie.

Tę gorycz można usunąć. Na przykład przez wprowadzenie elementów dających graczowi większą kontrolę nad losowością lub lepiej balansując odporność przeciwników. Liczę na to, że tak się stanie. W końcu żyjemy w czasach cyfrowej dystrybucji, wystarczy jedna aktualizacja, aby dana produkcja poprawiła niezbyt zadowalający design. Jeśli chcecie wypróbować “West of Dead”, to przypominam, że jest ona dostępna w ramach abonamentu Xbox Game Pass for PC.

Wieści z Rozładowani.pl