Uwielbiam gry, które zbudowane są na prostych pętlach. Zawsze drażni mnie udawanie, że tworzenie lub ulepszanie przedmiotów dodaje nową warstwę do zabawy. Z przykrością stwierdzam, że w wielu przypadkach stanowi tylko formę spowolnienia gracza. Zmuszenia go ciągłego powtarzania poziomów w celu zdobycia nowych zasobów. Podobnie jest ze zbieraniem kart. Dlatego do gier opartych na budowaniu talii zawsze podchodzę z dużą rezerwą.

Nie inaczej było w przypadku „Monster Train”. Od pierwszych chwil zauważyłem, że karty będą tutaj kluczowe. Są nie tylko czarami, ale także jednostkami wrzucanymi na pole bitwy. A to nie jest przypadkowe. Sama gra opowiada o pociągu, w którym znajduje się ostatni piekielny stos. Zadanie gracza? Odpierać ataki Niebios i uratować Piekło. Przyznaję, że takie ustawienie konfliktu sprawiło, że przychylnie spojrzałem na „Monster Train”, a po kilku rozgrywkach, wiedziałem, że ten tytuł trafi do mojej kolekcji ulubionych rougelike’ów.

Twórcy świetnie poradzili sobie z zarządzaniem talią. To nie jest tak, że można ją dobrać na samych początku. Buduje się ją krok po kroku, po pokonaniu kolejnych przeciwników. Co sprawia, że ciągle muszę myśleć o tym, jak ma działać moja talia.

Nie mam dostępny wszystkich synergii o pierwszej bitwy. Tworzę je. W trakcie przemierzania kolejnych kręgów Piekła i zbliżania się do centrum. Muszę też reagować na przeciwników. Mają własne, często ciekawe, mutacje oraz atrybuty. Co jest najmocniej widoczne w trakcie starć z bossami. Tutaj już trzeba trochę pogłówkować oraz liczyć na to, że trafią się odpowiednie karty. Właśnie elementy taktyczne najmocniej przyciągnęły mnie do „Monster Train”. Jest kilka zasobów do pilnowania. Od many, przez miejsce na poszczególnych piętrach pociągu, na talii skończywszy. Nie przez przypadek pojawia się możliwość usuwania lub duplikowania karty. Wraz z kolejnymi poziomami, odpowiednie zarządzanie talią, staje się coraz ważniejsze.

Na dodatek jednostki oraz czary można ulepszać. Kolejna, dobrze przemyślana, warstwa. Nie można tego robić w nieskończoność. Każda karta ma tylko dwa wolne pola na udoskonalenie. Właśnie z takich setek drobnych decyzji składa się rozgrywka w „Monster Train”.

Trzeba sporo kombinować. Dobierać karty oraz ulepszenia. Zastanawiać się nad tym, jakie połączenia pomiędzy jednostkami i czarami wybierać. A potem, już w trakcie walki, konieczne jest odpowiednie rozłożenie sił. W przeciwnym razie wróg dotrze na sam szczyt pociągu i zniszczy ostatni piekielny stos. Ten wertykalny układ planszy, wraz z ograniczonym miejscem na jednostki, silnie wpływa na całą zabawę. Lubię, gdy gry korzystają z różnych przestrzeni i w ten sposób wpływają na decyzje gracza. W tym przypadku interesującym elementem są czary pozwalające na uziemienie przeciwnika na danym piętrze lub sprawienie, że jednostka gracza zmieni piętro. Tych drobiazgów nie można lekceważyć! Możliwość szybkiego przesunięcia jednostki jest w stanie zaważyć na wyniku starcia.

A gdy już przegracie, bo przegrywać będziecie bardzo często, to zauważycie, że po każdej próbie otrzymacie punkty doświadczenia. Wraz z kolejnymi poziomami, pojawią się nowe karty. A te rzadkie potrafią już nieźle namieszać.