Od dwóch miesięcy w każdej mojej prasówce pojawia się wzmianka o grze „Animal Crossing: New Horizons”

Opublikowano 24.05.2020 20:06 Aktualizacja: 24.05.2020 20:08 -


Przynajmniej raz w tygodniu poświęcam dwie godziny na przejrzenie różnych materiałów prasowych. Nie tylko tych, które wpadają mi na maila, szperam także po wątkach na Reddicie oraz przeskakuję po różnych kontach na Twitterze. Wszystko po to, aby znaleźć inspiracje, pomysły na kolejne teksty. Ostatnio zauważyłem dość charakterystyczny trend. Od przynajmniej dwóch miesięcy w każdym tygodniu pojawia jakaś wzmianka o grze „Animal Crossing: New Horizons”. W nagłówku lub treści artykułu.

Nie mam Switcha, jestem całkowicie poza obiegiem gier od Nintendo. Jednak w dalszym ciągu fascynują mnie tytuły, które stają się obiektami zbiorowej fascynacji. Czasem wręcz urastają do miana kulturowego fenomenu. Odnoszę wrażenie, że coś takiego dzieje się z „Animal Crossing: New Horizons”. Na czas pandemii ten wirtualny świat stał się substytutem życia, przestrzenią spotkań i integracji. Dodatkowo sprawił, że pojawia się kolejna fala zainteresowania Switchem, a sprzedaż „Animal Crossing: New Horizons” już teraz przekroczyła oczekiwania Nintendo.

Przypomnę, że ja patrzę na całe zjawisko z zewnątrz. Nie jestem jego częścią i to, co dzieje się wokół tego tytułu może sporo powiedzieć na temat przyszłości rynku gier komputerowych. A przynajmniej o jednym z trendów, który od dłuższego czasu zdobywa coraz większą popularność.

Mam na myśli produkcje skierowane do pojedynczego gracza, z brakiem mikrotransakcji oraz opcjonalnym trybem sieciowym. Od wielu na rynku dominują tytuły z wyraźną dominantą rywalizacji, najczęściej pomiędzy graczami. „League of Legends”, „Counter Strike” lub „Fortnite”, to tylko kilka przykładów, których bez najmniejszego problemu można znaleźć więcej. Te tytuły gromadzą wokół siebie olbrzymie społeczności. Ich celem jest uczestnictwo lub oglądanie starć, podziwianie pojedynków cyfrowych gladiatorów na wirtualnych arenach. Na tle takiego myślenia, „Animal Corossing: New Horizons”, jawi się jako gra z innego świata. Nastawiona na integrację, dająca możliwość spuszczenia pary, kanalizująca frustrację w sposób kreatywny.

Inne tempo, odmienny sposób konsumpcji czasu. Myślę, że właśnie dlatego w „Animal Crossing: New Horizons” gracze zorganizowali ramadan, konferencję gamedevową, a niektórym aktywne tworzenie zawartości pozwala na opłacenie czynszu.

Zastanawiam się, czy takie produkcje będą dalej zdobywały popularność. Konflikt, starcie umiejętności, chęć dominacji nad przeciwnikiem to potężne motywatory. Jednak zdarza się, że szybko wypalają jednostki, a wpływ ciągłego stresu prowadzi do wzrostu toksyczności. Natomiast produkcje o mniejszym tempie, nastawione na integrację oraz kreatywność, borykają się z problemem bezcelowości. Tutaj kluczowe jest jasne określenie sposobu postępu w świecie, zachęcenie graczy do tego, aby brali w nim udział. Kreatywność potrzebuje kontekstu, przestrzeni do tego, aby mogła się rozwijać.

Ta celowość porządkuje proces tworzenia, pozwala się z nim zaznajomić, wprowadza odbiorcę do świata, a każdy krok, daje nowe, często bardziej skomplikowane, narzędzia.

Najwyraźniej pandmienia wyzwoliła w ludziach chęć oderwania się od stresującego świata i znalezienia bezpiecznej przestrzeni. Myślę, że podobną rolę jak „Animal Crossing: New Horizons”, może pełnić „Stardew Valley”. W tym tytule również jest tryb współpracy, ale sama produkcja ma bardziej poukładany i ograniczony świat. Co wcale nie jest minusem, ponieważ w takiej przestrzeni również można się świetnie bawić!

Wieści z Rozładowani.pl