Nowy iPhone XS Max podnosi ciśnienie nie tylko przy płaceniu - pożar 3 tygodniowej sztuki




Nowy iPhone XS Max podnosi ciśnienie nie tylko przy płaceniu - pożar 3 tygodniowej sztuki

Opublikowano 3.01.2019 8:17 -


iPhone XS Max, czyli telefon za 6-7 tysięcy złotych potrafi zaskoczyć nie tylko wykończeniem, mocą obliczeniową i jakością aparatu, ale również ukrytą opcją autodestrukcji. Przekonał się o tym pewien Amerykanin, który przypadkowo ją uruchomił, powodując pożar w swoich spodniach.

Projekty nowych urządzeń z działu mobile mają to do siebie, że są ekstremalnie upakowane. Jeżeli do tego faktu dorzucimy, że są one wodo- i pyłoodporne, okazuje się, że otrzymujemy produkt ekstremalnie czuły na wady produkcyjne. Bateria ma raptem ułamki milimetra przestrzeni na ewentualne puchnięcie.

Nie pierwszy i nie ostatni

Pierwszą głośną wtopą telefonu, któremu baterię wciśnięto w każdy milimetr wolnej przestrzeni, był oczywiście Samsung Note 9. Duża pojemność baterii robiła wrażenie, ale jak to się skończyło, każdy wie. W międzyczasie słyszało się również wiele o podobnych wybuchowych incydentach ze starszymi urządzeniach z nadgryzionym jabłkiem. Tutaj jednak zawsze wytłumaczeniem był nieoryginalny kabel albo ładowarka.

Tym razem historia dotyczy topowego urządzenia kupionego 3 tygodnie przed awarią.

Będzie gorąco

Z pewnością poszkodowany jest na etapie przygotowania pozwu, w końcu mówimy o USA, gdzie pozwy wystosowywane do dużych firm to chleb powszedni. A jest o co walczyć. iPhone doznał samozapłonu w kieszeni spodni użytkownika, co spowodowało liczne poparzenia nogi oraz wdychanie niebezpiecznego dla zdrowia dymu. Oczywiście do tego doszedł stres związany z zaistniałą sytuacją.

Jakby tego było mało, Apple Store, do którego udał się poszkodowany użytkownik, wcale nie załagodził sytuacji. Spowodował wręcz, że chęć do walki o swoje wzrosła. Mężczyzna po awarii bezpośrednio udał się do najbliższego punktu Apple i prosił o wymianę na nowe urządzenie, do czego miał prawo. W końcu jego uszkodzony model miał raptem 3 tygodnie!

Ciężko zatem mówić o jakichkolwiek niedopatrzeniach z jego strony. Pracownicy poinformowali go, że jedyną opcją na otrzymanie nowego urządzenia jest  wysłanie uszkodzonej sztuki do serwisu, co jest równoznaczne z brakiem telefonu przez dłuższy czas. Taka opcja została przez niego uznana za niemożliwą do zaakceptowania, co mnie szczególnie nie dziwi.

Przypominam, że cała historia dotyczy ekstremalnie drogiego urządzenia. Sam oczekiwałbym ekspresowego załatwienia sprawy tak, aby klient miał, jak najmniej powodów do wniesienia pozwu przy tak krytycznej sytuacji. Ciekaw jestem, jak zakończy się ta historia.