Niesłychana rzecz - mem społecznie pożyteczny




Niesłychana rzecz - mem społecznie pożyteczny

Opublikowano 2.06.2019 21:24 -


Nie wiem, kto wpadł na pomysł zrobienia z durnych memów dzieła sztuki postinternetowej. Ale skłonił mnie do paru luźnych refleksji. Mam nadzieję, że Ciebie też.

Polacy jako społeczność mają wiele powodów do wstydu. Imigranci w UK, ogólna nietolerancja i uczulenie na każdy rodzaj inności, czy niezbyt wysoki poziom oczytania. To wszystko jednak jest niczym przy naszym godnym pożałowania poczuciu humoru. Jeśli istnieje coś takiego jak „polski humor”, to może lepiej, żeby nie istniało. Jeśli widziałaś, droga Czytelniczko/Czytelniku kiedyś polski stand-up, to wiesz, o czym mówię. Jeśli widziałaś, droga Czytelniczko/Czytelniku kiedyś polskie kabarety to daj znać, czy mogę Ci jakoś pomóc, pocieszyć. Coś poradzimy.

W latach 90. były w kioskach takie małe, tanie gazetki z dowcipami, jedna z nich nazywała się „Dobry humor” i pamiętam, że były tam dowcipy o policjantach, o teściowej i tak dalej. Niewiele się od tego czasu zmieniło, a do tego trudno nam odnaleźć się komunikacyjnie w postinternetowej rzeczywistości, w której śmieszkowania i toczenia beki jest co niemiara. Z drugiej strony wypada zachować — wiecie — dystansik, a do tego wielokrotnie spiętrzona ironia nie pozwala od razu określić, co jest poważne, a co nie. Czy śmiejesz się z tego samego żartu, co ja? A może śmiejesz się z tego, że mnie to bawi? A może to ja śmieję się z tego, że ty śmiejesz się z tego, że mnie to nie bawi? Fakt, że polski internauta (używam tego słowa na serio, czy może ironicznie?), jest w stanie permanentnej wojny, wcale sytuacji nie poprawia. Nie dziwi zatem, że ta nasza polska, internetowa kulturka, będąca pustynią humoru zrodziła pewien mem.

Mem — jednostka informacji kulturowej lub zajebany z Internetu obrazek z podpisem. Forma żartu dostosowana do obrazkowej kultury scrollingu; łatwy w konsumpcji, łatwy w share'ingu, yo.

Zabójca pięknego staropolskiego zwyczaju opowiadania sobie kawałów. Ja, jako wybitny specjalista w dziedzinie dobrego humorku (wiecie, w każdym środowisku bardzo szybko wyrastałem na głównego pajaca), również memy kocham. Wszyscy kochamy. Na przykład ostatnio był taki serial, może kojarzycie, „Gra o Tron”. Jego twórcy postąpili bardzo sprytnie. Nie dość, że wypuszczano tylko jeden odcinek na tydzień, to jeszcze ostatni sezon zrobiono tak beznadziejnym, żeby pomiędzy odcinkami Internet zalewały fale... memów właśnie, wyszydzających dziury w scenariuszu. I dzięki temu wszyscy o serialu nieustannie mówili. Bardzo chytra strategia. No ale ale. Do brzegu.

W polskim zakątku sieci najbardziej złotym memem ostatnich czasów jest mem z nosaczem sundajskim w roli polaka-cebulaka, Janusza jednego. Mem jak mem niby, ale jak się nad tym dłużej zastanowiłem, to im częściej na niego trafiałem, tym bardziej mnie irytował. Powtarzanie w kółko tego samego żartu to jedno (co do zasady każdy mem jest trochę właśnie powtarzaniem tego samego żartu). Chodzi raczej o to, że ten mem wydawał mi się nie tyle spojrzeniem Polaków na samych siebie z odpowiednim dystansikiem, ile raczej wyrazem klasistowskiego hejtu. Polacy wyśmiewający polskie przywary narodowe, swoje przywary narodowe — spoko. Przez mem o nosaczu zawsze przebijała mi jednak taka trochę Krystyna Janda gardząca plebsem.

Wiecie, młodzi i wykształceni, z wielkich ośrodków sprzedają sobie wzajemnie satyrę na januszy i cebaluków śmierdzących, na małpy jebane. Na grupę, której nawet „ostrze” tej satyry pewnie nie dosięgnie, ale można pośmiać się między sobą, jakie te polaki głupie. Mieszkam sobie w tej Warszawie już chyba z dekadę. W paru szklanych domach sobie pracowałem. Trochę ludzi, którym wyszło, znam. W modnych lokalach pobywałem. I wydaje mi się, że strasznie wiele osób, które nie muszą martwić się o jutro, traktuje z góry tych, którzy jednak muszą.

A to wydaje się szczególnie szkodliwe i niebezpieczne, właśnie w kraju nad Wisłą, gdzie społeczeństwo jest szczególnie podzielne przez dwa.

Mam z tym problem, bo zawsze najbardziej lubiłem te szczególnie śliskie żarty, niepoprawne politycznie. Tylko chyba jednak dziś nie mamy warunków, żeby je sobie opowiadać. I to trochę jest oznaka choroby toczącej nasze społeczeństwo. I nie jest tą chorobą żadna polityczna poprawność, a pogarda.

Dlatego ktoś, kto wpadł na pomysł odwrócenia memów z nosaczem, zasługuje na mój szacunek. Jak uda Wam się dotrzeć do pomysłodawcy, przekażcie mu, że Wojtek Żubr Boliński szanuję tę Osobę. To jest tak smutne, tak prawdziwe i tak dobre — chapeau bas. Z memów, które obśmiewały innych, zrobiono coś, co skłania do refleksji, smuci i pozwala wczuć się w drugiego człowieka, którego teoretycznie nie mamy prawa rozumieć. John Cleese mówił kiedyś w wywiadzie, że nie istnieje poczucie humoru bez obrażania kogoś, że nie ma żartów bez wyśmiewania. Pewnie wie, co mówi, ale fajnie byłoby głośniej obrażać uprzywilejowanych, niż pokrzywdzonych. Amen.


Autorem artykułu jest Wojtek żubr Boliński.