Nad "Destiny 2" cały czas krąży widmo gwałtownej monetyzacji




Nad "Destiny 2" cały czas krąży widmo gwałtownej monetyzacji

Opublikowano 3.12.2018 14:49 -


Na rynku gier komputerowych bez trudu można znaleźć duże produkcje, które nie miały dobrego startu. Weźmy takie „Destiny 2”. Kiepski początek. Gracze niezadowoleni, fani serii jeszcze bardziej. Przez tych drugich kolejna odsłona została oceniona jako spory krok wstecz. Później przyszedł czas na kolejne problemy. Jak chociażby ten z celowym spowalnianiem zdobywania doświadczenia.

Ten zabieg był celowy. Miało to spowolnić zdobywanie Engramów lub, dla osób nieznających „Destiny 2”, skrzynek z ekwipunkiem. Otrzymuje się je nie tylko za misje, ale także za osiągnięcie kolejnego poziomu. Najwyraźniej twórcy dokonali prostych obliczeń i wyszło im, że mniej doświadczenia, to mniej Engramów, a więc większa zachęta, żeby skorzystać z oferty premium. Nie wypaliło. Społeczność się zorientowała, Bungie zdjęło ograniczenie, ale podwoiło ilość doświadczenia potrzebnego do zapełniania paska. Potem przyszedł czas na coś gorszego. Wraz z wydaniem pierwszego DLC okazało się, że osoby nieposiadające rozszerzenia nie będą mogły brać udziału w aktywnościach traktowanych jako endgame. Co prawda tylko przez pierwszy tydzień od premiery dodatku, ale gracze poczuli się oszukani.

Destiny 2 - tłucz wrogów, by mieć lepszy sprzęt

Długo zastanawiałem się, czy spróbować swoich sił w „Destiny 2”. Ze względu na złą prasę, cały czas czekałem na lepszy czas. Aż w końcu gra wpadła mi w ramach subskrypcji Humble Monthly Bundle. Był to maj 2018 roku, miesiąc, w którym wydano drugie DLC. Przyznam, że gra nawet mnie wciągnęła. „Destiny 2” odebrałem jako niezobowiązująca strzelankę, w której przyjemnie nawalało się do nadciągających hord wrogów.

Tytuł ten na tyle mnie wciągnął, że postanowiłem zainwestować w season pass z dwoma pierwszymi DLC. PvP było dynamiczne i przyjemne, PvE również specjalnie mnie nie rozczarowało. Zabawa opiera się prostych zasadach: tłucze się wrogów po to, żeby mieć lepszy sprzęt, żeby zabijać jeszcze silniejszych przeciwników. Niektóre zadania wykonywałem po to, żeby zdobyć ładne skórki na poszczególne elementy mojej postaci. Przestałem grać na początku sierpnia 2018 roku. Po prostu bardziej wciągnęła mnie inna gra, a mianowicie „Monster Hunter World”.

Przy „Destiny 2” bawiłem się dobrze. Nie przeszkadzał mi grind, przyjemnie mi się strzelało. Nawet rozważałem dokupienie kolejnego season passa, ale trafiłem do świata wielkich potworów i wymachiwania mieczem. Tam bawię się lepiej. Jednocześnie cieszę, że po premierze ostatniego dodatku „Destiny 2” zaczyna wychodzić na prostą. Opinie moich znajomych, którzy pozostali w grze są pozytywne, wielokrotnie stwierdzili, że działaniach twórców gry zaczyna być widoczny sens.

Niestety, nie może być zbyt pięknie. Nad „Destiny 2” cały czas krąży widmo gwałtownej monetyzacji.

Wydawca, firma Activision, oznajmił, że nie jest specjalnie zadowolony ze sprzedaży gry, że mogłoby być lepiej i trzeba się zastanowić nad poprawą wyników finansowych oraz zaangażowania odbiorców. Natomiast studio Bungie, czyli twórcy gry, są odmiennego zdania. Według nich ostatni dodatek to sukces, bo ludzie wracają do wykreowanego przez nich świata i dobrze się bawią. Dla mnie widoczny jest tutaj cichy konflikt pomiędzy wydawcą a studiem tworzącym grę. Nie zmienia to faktu, że Bungie pracuje w pocie czoła, aby uatrakcyjnić zabawę. Opublikowali materiał, w którym dzielą się planami na przyszłość.

Wygląda to obiecująco. Według mnie „Destiny 2” to dobra pozycja dla ludzi lubiących przyjemne strzelanie i pogoń za ekwipunkiem oraz skórkami. Trzeba tylko mieć na uwadze to, że nad grą cały czas krąży widmo Activision. Firmy, która lubi agresywnie monetyzować graczy.