„My Time at Portia” porzuciłem po 8 godzinach, ale tylko na kilka dni

„My Time at Portia” porzuciłem po 8 godzinach, ale tylko na kilka dni

Opublikowano 11.11.2019 20:32 -


W grudniowym Humble Monthly Bundle znajdziecie grę „My Time at Portia”. Jest to tytuł należący do ciekawego gatunku gier. Ma w sobie elementy tycoona, jednak nie są one mocno skomplikowane. W „My Time at Portia” znajdziecie także zarządzanie zasobami, które na pewno nie jest to rozwinięte jak w drugiej części „The Settlers”. Jeżeli ktoś kocha eksplorację, to również znajdzie coś dla siebie. Tylko że nie jest to wirtualny świat na miarę kultowych gier cRPG. Mimo to „My Time at Portia” ma w sobie pewien urok.

Pograłem, pobawiłem się. Rozbudowałem warsztat, którym muszę sam zarządzać. Wyprodukowałem trochę mebli, sprzedałem je. W międzyczasie postanowiłem nawiązać relacje z mieszkańcami, aby więcej zarabiać. Mignęły mi różne zadania zlecane przez gildię rzemieślników.

Zabawa jest niezobowiązująca. Łatwo ją porzucić, ale bez trudu można do niej wrócić. Nie jest tak jak w przypadku wielu cRPG, w których trzeba się najpierw solidnie rozejrzeć, aby zrozumieć, w którym momencie przerwało się zabawę.

„My Time at Portia” porzuciłem po 8 godzinach, na kilka dni. Na początku weekendu postanowiłem, że wrócę. Wystarczył mi rzut oka na warsztat oraz skrzynki z zasobami, aby przypomniał sobie, co chciałem osiągnąć. To jest przyjemna gra. Reprezentuje rodzaj rozrywki, do którego długo nie mogłem się przekonać.

Po obejrzeniu dowolnego materiału z „My Time at Portia” skojarzenia nasuwają się same. Umysł od razu wędruje do „Stardew Valley”. Własna farma, sprzedawanie produktów, nawiązywanie znajomości z mieszkańcami pobliskiego miasteczka. W obu grach są pory roku, które wpływają na wiele elementów wirtualnego świata. Świetnym przykładem są tutaj rośliny. Wiele z nich można uprawiać wyłącznie w konkretnym okresie wirtualnego roku.

Często na łamach DailyWeb piszę, że szczególnym uczuciem darzę tycoony oraz strategie. Zarówno „My Time at Portia”, jak i „Stardew Valley” posiadają elementy ekonomiczne.

Nic nie stoi na przeszkodzie, abym zajął się optymalizacją zarobków oraz zużycia zasobów. Mimo to długo unikałem takich gier. Dlaczego? Bo zawsze uważałem, bałem się, że staną się dla mnie drugą pracą.

Niepokoiła mnie konieczność ciągłego grindowania materiałów. Coś, z czym nie mam problemu w różnych grach MMORPG. Konstrukcja wspominanych wcześniej tytułów zawsze budziła we mnie pewien niepokój. Zastanawiałem się, czy można odnaleźć przyjemność w kilku prostych pętlach napędzających rozgrywkę. Te gry nie są skomplikowane, ich opanowanie nie wymaga poznania setek podsystemów oraz łańcuch przetwarzania zasobów. Tutaj wejście jest łatwe. Krótki samouczek prezentuje najważniejsze elementy obu produkcji, a potem można już działać na własną rękę. Wybrać, co się chce osiągnąć i do tego dążyć. Zwykłem traktować gry ekonomiczne jako formę zabawy, w której kluczowa jest optymalizacja różnych procesów. „My Time at Portia” oraz „Stardew Valley” mają powolne, relaksujące tempo oraz różne kolekcje do uzupełniania.

Zacząłem czerpać przyjemność z tych dopiero wtedy, gdy zmieniłem swoje podejście. Bardziej skoncentrowałem się na niespiesznej zabawie, na poszukiwaniu określonych fragmentów przedmiotów, niż na ciągłej pogoni za maksymalizacją zysku.

Dlatego, jeżeli szukacie czegoś, co pozwoli Wam się odprężyć przed ekranem, to wybierzcie „Stardew Valley” lub „My Time of Portia”. Mnie pomagają się zrelaksować.

Wieści z Rozładowani.pl