Moje pierwsze gry, czyli dlaczego od lat dręczy mnie ten sam koszmar

Moje pierwsze gry, czyli dlaczego od lat dręczy mnie ten sam koszmar

Opublikowano 12.09.2018 12:48 -


Amiga czy Atari nigdy nie pojawiły się w moim domu, ale komputer stacjonarny z systemem operacyjnym Windows i dostępem do Internetu miałam dość wcześnie, bo w połowie lat 90. – niedługo po tym, jak w ogóle pojawiła się taka opcja. Miałam też wiele podróbek będącego i tak podróbką Pegasusa i mnóstwo kartridży oraz sąsiada z konsolą Playstation. To właśnie ta ostatnia przyczyniła się do wykreowania mojego największego koszmaru, który zdarza mi się śnić aż do dzisiaj.

Trzeba przyznać, że w ogóle nie miałam „szczęścia” do gier w kontekście dostosowania ich do etapu mojego życia. Na komputerze po zakupie mieliśmy raptem dwa tytuły – „Kapitana Pazura” (choć akurat ta pasowała do mojego wieku całkiem dobrze) i… „Diablo”. Poznając tę pierwszą stacjonarkę miałam lat bodaj 5, może 6. Nie jestem przekonana, czy to dobry wiek na hack and slasha w stylu dark fantasy. Chociaż z drugiej strony, to ostatecznie nie ona nakręciła moją podświadomość i zsyła na mnie do dzisiaj koszmary. Za to odpowiada tytuł… Przejrzyjcie listę 7 gier mojej młodości, jeżeli chcecie dowiedzieć się, co to za potwór.

Kapitan Pazur (PC)

O tej grze już wspomniałam. Przyznaję, że pamiętam z niej niewiele. Wiem, że nigdy nie udało mi się jej skończyć. W głowie mam kilka obrazów kolorowych plansz, umiem też wyobrazić sobie sposób poruszania tytułowego bohatera oraz to, w jaki sposób wyciągał przed siebie broń. Co jakiś czas próbuję tę grę odszukać, uruchomić i poznać od nowa, ale niestety nie działa płynnie, więc ostatecznie szybko się poddaję.

Zagadki Lwa Leona (PC)

To był hicior, w który graliśmy całą rodziną. W czwórkę zbieraliśmy się przed ekranem komputera i przekrzykując się nawzajem, wymyślaliśmy sposoby na przechodzenie kolejnych plansz. To zdecydowanie jedno z moich najcieplejszych wspomnień, jeżeli chodzi o granie.

Doktor Mario (Pegasusopodobne, a właściwie famicomopodobne coś)

Kiedy rodzice wracali z pracy albo, kiedy z bratem szliśmy spać, rodzice przejmowali konsolę. W „Doktora Mario” potrafili grać godzinami. Mama była w tym zdecydowanie lepsza. Tatę ogrywaliśmy nawet ja z bratem. Gdy wiele lat później rodzice zainwestowali w Nintendo Wii jedną z pierwszych gier, jakie zakupili, był właśnie „Doktor Mario”. Przyznaję, że po wielu miesiącach treningów, gdy teraz odwiedzam rodziców, oboje dają mi wycisk. Choć ostatnio rzadziej, bo odkrywają uroki PS4.

Santa Claus in Trouble (PC)

Z bratem graliśmy w tę grę stosunkowo krótko – może tydzień. Trafiliśmy na nią – chyba – w jednej z gazet tuż przed świętami. Pamiętam ją jednak bardzo dobrze i wciąż wspominam, bowiem wkręciliśmy sobie, że jeżeli jej nie przyjdziemy, to Mikołaj nie przyniesie nam prezentów. No cóż, przyniósł mimo wszystko.

Moto Racer (PC)

O tym, że moją ulubioną (i mojej mamy) grą wyścigową był w dzieciństwie „Moto Racer”, dowiedziałam się dopiero podczas pisania tego artykułu. Wcześniej myślałam o niej po prostu jako o „motorach”. Co ciekawe, by ją znaleźć wystarczyło wpisać w wyszukiwarkę grafik jedynie „old motorcycle game”.

Mortal Kombat 4 (PS)

Tak, to właśnie przez tę grę mam do dzisiaj koszmary. Styczność z „Mortal Kombat 4” miałam rzadko, jedynie podczas wizyt u sąsiada, a i wtedy grał raczej mój brat oraz sąsiad, a ja jako intruz-dziewczyna tylko się przyglądałam. Pamiętam jedna,k jak po porażce przegrana postać spadała w głąb studni, by ostatecznie nadziać się na wystające kolce. Wtedy wydawało mi się to wyjątkowo okropną i brutalną wizualizacją. Do dzisiaj zdarza mi się śnić, że spadam do takiej studni i nadziewam się na kolce. Budzę się wtedy ze spazmatycznym podskokiem, jak gdybym próbowała jeszcze uchronić się przed pewną śmierci.

Balls of Steel (PC)

Kolejna z gierek związana z rodzinną rywalizacją. Ten Pinball wyróżniał się charakterystycznym zestawem stołów – mogły nań wypełznąć np. pająki. Rywalizowaliśmy nie tylko, jeżeli chodzi o punkty, ale też jeżeli chodzi o uruchamianie bonusów. Przy wyjątkowo wysokich wynikach zbieraliśmy się wokół komputera i głośno sobie kibicowaliśmy. Zwykle wygrywali rodzice.

To gry, o których myślę w kontekście moich najwcześniejszych doświadczeń. Później pojawiły się takie produkcje, jak „Warcraft 3” (grałam na zmianę z bratem, płacząc nad losem Arthasa), „The Sims”, „Theme Hospital” czy „Airline Tycoon”, „Theme Park World” albo „Ghost Master” (grałabym w jakąś nowszą odsłonę jak szalona, bo tę grę przeszłam pewnie z 10 razy). Im dłużej o tym myślę, tym więcej tytułów przychodzi mi do głowy. Miło tak czasami powspominać. Aż naszła mnie chrapka na partyjkę w „Heroes of Might and Magic 3”… Hmm, może mam gdzieś jeszcze na dysku swoje mapy?