Moja pierwsza gra? Przygody z Donaldem | DailyWeb.pl

Moja pierwsza gra? Przygody z Donaldem

Opublikowano 3 miesiące temu -


W redakcji DailyWeb nastał sentymentalny nastrój. Grzebiemy w naszych analogowych pamięciach, szukamy wspomnień pierwszych gier. Ja również postanowiłem udać się w tę interesującą wycieczkę. Gdzie zaczęła się moja przygoda z cyfrową rozrywką?

Okazuje się, że moje pierwsze wspomnienia z grami komputerowymi, związane są z okresem popularności Commodore64. Miałem wersję na kasety. Przez co rozpoczęcie zabawy było prawdziwym rytuałem. Konieczne było odnalezienie tego konkretnego nośnika, na której była gra, w którą chciałem zagrać. Na domiar złego, miałem sporo różnego rodzaju „kompilacji”, przegrywek od kolegów. Po włożeniu tej właściwej kasety, zaczynało się prawdziwe piekło – ustawianie głowicy magnetofonu. Myślicie, że pobieranie gry na kiepskim łączy to koszmar? Najwyraźniej, nigdy nie przekręcaliście drobnej śrubki po to, żeby w ogóle rozpocząć proces ładowania cyfrowego świata. Gdy wszystko było dobrze, zaczynał się okres ciszy w pokoju. Przerywany dopiero, gdy wczytywanie gry zakończyło się sukcesem lub porażką.

Pierwsza gra w którą grałem? Nie jestem pewien, ale to lista moich kandydatów

Najbardziej zniszczoną kasetą, była ta z grą Donald Duck’s Playground. Ten nośnik był zajechany z prostego powodu – jestem przekonany, że to była moja pierwsza cyfrowa przygoda. Dostałem ją razem z Commodorką, przez długi czas była nieodłącznym atrybutem magnetofonu. Grałem w to w kółko, godzinami, czerpiąc czystą radość z zestawu miniger. Donald Duck’s Playgroud pozwało na wcielenie się w Kaczora Donalda, wykonywanie jednej z określonych prac i kupowanie nowych elementów do placu zabaw. Jeden tytuł, a przynajmniej z pięć minigier. Były proste, polegały na wrzucaniu owoców do określonych pudełek, sortowaniu paczek lub zarządzania pociągami. Wymagały zręczności oraz odrobiny logicznego myślenia. Dla mnie była to przygoda życia, do której wróciłem po latach za sprawą emulatorów.

Wtedy, będąc już bardziej świadomym graczem, zauważyłem, że w Donald Duck’s Playgorund opiera się na ciągłym grindzie waluty. Coś, co dzisiaj znamy z gier MMO. Czy byłby one bez obowiązkowej farmy przedmiotów? Nigdy specjalnie mi to nie przeszkadzało, najwyraźniej moja pierwsza gra już mnie do tego przygotowała. Grzebiąc w starych pudłach, znalazłem także kartki z zapisanymi zarobkami z gry. Podejrzewam, że swoim młodzieńczym umysłem, próbowałem określić, która praca będzie dawała największy przychód, w najkrótszym czasie. Obawiam się, że po prostu urodziłem się z ciągłą potrzebą optymalizacji otaczającego mnie świata.

Takie wspomnienia to miła przygoda. Trudno mi ukryć, że z wiekiem robię się coraz bardziej sentymentalny. Jednak, co muszę przyznać, rzadko wracam do tych starych tytułów. Boję się rozczarowania. Mam świadomość tego, że dzisiaj jestem innym człowiekiem, bogatszym o doświadczenia z różnych mediów. Zmieniło się także moje postrzeganie gier komputerowych. Oszukuję się, że stało się bardziej dojrzałe, ale myślę, że w dalszym ciągu chcę tylko jednego – dobrze się bawić.