Z czym mi kojarzy się marka Marshall, zapytacie? Nawet jeśli nie, to ja i tak Wam odpowiem. Kojarzy mi się z muzyką bliską memu sercu, taką, na jakiej się wychowałem jako zbuntowany nastolatek. Muzyką z kategorii rockowej. Kto w końcu na koncertach ulubionych kapel nie widział ogromnych głośników sygnowanych marką Marshall?

Ucieszyłem się na ten test, tym bardziej, że sama marka, mimo że doskonale mi znana, to niestety nie było wcześniej sposobności sprawdzić możliwości… ich słuchawek. A takie też od lat tworzą. W moje ręce trafił model Major IV. Jak wypadły?

Marshall Major IV Bluetooth – bardzo zgrabna konstrukcja, stylizowana na klasyczne rozwiązania

Od czegoż to innego mógłbym zacząć, jak nie od samej konstrukcji słuchawek? Prawda, mógłbym od specyfikacji, ale o niej za chwile. Przyjrzyjmy się jednak samemu designowi słuchawek, bo ten jest naprawdę gustowny. Co to znaczy w praktyce? Otóż gdybyście położyli na półce najpopularniejsze słuchawki na rynku z segmentu nausznych i bezprzewodowych, to Major IV wyróżniałby się w sposób zdecydowany od całej reszty, właśnie swoją klasyczną konstrukcją, a przede wszystkim bardzo charakterystycznymi pałąkami. Tak wiem, jednym takie rozwiązanie przypadnie do gustu, inni wolą typowo nowoczesne rozwiązania.

Ja pomimo złych wrażeń po reanimacji słuchawek Unitra, których główny model miał również analogiczne, charakterystyczne pałąki, to przy Major IV jest bajecznie. Przede wszystkim pałąki są bardzo solidne i nie ma mowy o jakimkolwiek wyginaniu drutów. Są mocne, trwałe i cała regulacja jest o nie oparta, przez co jest całkiem wygodnie i ciekawie wizualnie, ale elementy przesuwane od regulacji za to nie chowają się w obudowie. To jednak w niczym nie przeszkadza, bo słuchawki mają składane muszle, więc ich kompaktowość nie ucierpiała.

Marshall Major IV – guziczki? Właściwie ich brak i to się ceni!

W Major IV mamy dwa gniazda i jeden przycisk. Jednym gniazdem możecie wpiąć swój kabel jackowy, a w drugim USB-C możecie naładować słuchawki. Prawdziwie ciekawe rzeczy dzieją się jednak w kontekście interfejsu urządzenia.

Producent przewidział jeden guzik, ale nie tak do końca zwykły. Prócz tego, ze ma genialny miedziany kolor, to dodatkowo jednym guzikiem sterujecie wszystkimi niezbędnymi funkcjami słuchawek. To żadna magia, ot zwyczajnie prosty i cholernie funkcjonalny multi-button. W praktyce możecie go wcisnąć w każdym kierunku, sterując przy tym: głośnością, kolejką utworów, włączeniem lub wyłączeniem. To dość proste rozwiązanie pokazuje, że nie potrzebujemy więcej guzików na obudowie muszli, bo w pełni wystarczy tylko jeden przycisk, w dodatku łatwo zapamiętujemy jego pozycje i nie musimy szukać sterowania poszczególnymi funkcjami, a jak sami wiecie z naszych recenzji, tych przycisków na muszlach może być naprawdę sporo!

Słuchawki nauszne mogą być wygodne

Jestem zadeklarowanym fanatykiem słuchawek wokółusznych, ale to tylko dlatego, że pracuję dużo w domu, przed monitorem swojego komputera, a one dają absolutnie bezkompromisowy komfort. Nie deprecjonuje innych rozwiązań, bo każde z nich ma swoje dedykowane zastosowanie. Słuchawek nausznych jednak w moim arsenale mam najmniej, ale to zdecydowanie dzieło przypadku. Co do zasady, są one mniejsze, bardziej mobilne, ale teoretycznie również mniej komfortowe, czy oby na pewno?

Nie chcę zabrzmieć jak z gazetki promocyjnej producenta, ale w Major IV postanowili ten mit jednak trochę odczarować. Inżynierowie z marki Marshall postanowili, że ponad 1,5 cm pianki/gąbki na muszlach, powinno usatysfakcjonować takich malkontentów jak ja i o zgrozo, chyba im się udało. Marshall Major IV leżą na uszach naprawdę komfortowo za sprawą potężnej gąbki tak bardzo, że gdybym miał to jakoś zobrazować, to tak jakby moje uszy usiadły na ultrawygodnej komfortowej kanapie. Takiej dla uszu, oczywiście.

Brzmi niedorzecznie? Prawda, ale zapewniam, że ktoś temat mocno przemyślał i się udało. Nie mogę złego słowa powiedzieć na komfort trzymania słuchawek na uszach, a i nawet standardowy problem dociskania oprawek okularów do uszu, nie ma tutaj miejsca. Tzn. ma, bo musi mieć, ale nie mam z tego powodu żadnych dyskomfortów.

Major IV – skaza na kryształowym wizerunku, ale czy oby na pewno?

Czytacie tę recenzję, a Wasze ręce nerwowo szukają pieniędzy w Waszych kieszeniach, a na usta ciśnie się: SHUT UP AND TAKE MY MONEY. Czas jednak dorzucić nieco rodzynek do tego sernika.

To może być kluczowy zarzut dla potencjalnych odbiorców. Otóż  w Major IV nie ma aktywnej redukcji szumów (ANC). To potężny policzek jak na słuchawki w tym przedziale cenowym, ale wspomniane komfortowe pianki wynagradzają te drobne niedogodności technologiczne. Prócz komfortu, o którym Wam napisałem, to i także wybornie redukują szumy w sposób oczywiście pasywny, poprzez to jak przylegają do uszu.

Jakość dźwięku – Major IV

Nie oczekiwałem wiele po nich. Właściwie nie oczekiwałem niczego, a to jak się okazuje doskonała strategią. Trafiły w moje ręce w momencie, kiedy miałem sporo pracy właściwie na każdym froncie, więc zanim przyniósł je kurier, nie zdołałem się zapoznać z obietnicami producenta i jakimikolwiek recenzjami. Zaczynałem zupełnie bez przygotowania, a słuchawki postanowiły mnie zaskoczyć nie tylko wszystkimi aspektami powyżej, ale także tym co najważniejsze: jakością dźwięku.

Grają one cholernie przyzwoicie, oczywiście nie będzie to dla  Was w żaden sposób miarodajne, ale jeśli dodam, że gdybym miał kupować słuchawki w segmencie nausznych cenie 500-600 zł, to na podstawie swoich testów przez ostatnie lata, to byłyby one tymi jedynymi, a przynajmniej jednymi z dwóch, które bym rozważył.

To, co można stwierdzić na pewno, to że niskie tony są dość mocno uwypuklone. Bas będzie wybrzmiewał dobrze, szczególnie dla osób, które takie właściwości sobie cenią. Wysokie tony nieco zamglone, o średnich ciężko mi cokolwiek powiedzieć, moim laickim uchem. Jest naprawdę przyzwoicie i uważam, że dadzą dużo radości. Nie mam właściwie do czego się przyczepić, jest solidnie w tym przedziale cenowym.

Smaczne drobiazgi

Nie sposób nie wspomnieć o działającej wg producenta nawet do 80h baterii. Nie liczyłem wprawdzie tego czasu, ale mogę potwierdzić, że słuchawki grały zaskakująco długo i właściwie przez okres testów, ładowałem je tylko raz.

Prawdziwym smaczkiem, o którym muszę napisać, są efekty dźwiękowe. które pojawiają się przy włączaniu, wyłączaniu, połączeniu przez Bluetooth. Wybrzmiewają bardzo przyjemne, przynajmniej dla mojego ucha, krótkie riffy gitarowe. Czuje się jak w domu.

Marshall Major IV Bluetooth – czy warto?

Tak. Warto. Jeśli pasuje Wam klasyczna stylistyka, zależy Wam na kompaktowych rozmiarach i bardzo solidnej jakości dźwięku i nie macie w domu małych, kilkuletnich, krzykliwych buntowników, to będziecie bardzo zadowoleni. Ja osobiście widzę bardzo solidnego pretendenta do nagrody DailyWebstera 2022.


Posłuchaj nas!