To zabawne, przynajmniej tak mi się wydaje, że moje wyobrażenie o marce Skullcandy było jeszcze nie tak dawno, dość… kiepskie. Miałem wrażenie, że robią bardzo mizerne produkty dla rozwydrzonych dzieciaków. Nie brałem ich właściwie nigdy pod uwagę, nie czując się w targecie ich produktów, które były dość rozbieżne od tego, co ja lubiłem, przynajmniej w kontekście tego jak słuchawki mogą wyglądać. Zabawność polega na tym, że aktualnie jestem chyba jednym z bardziej szanujących tę markę ludzi na świecie. Serio. Uważam, że przecierają szlaki branży dość skutecznie, prezentując sporo nowych produktów, z naprawdę innowacyjnymi pomysłami.

Ucieszyłem się na kolejną wizytę kuriera, którego widzę częściej niż rodzoną matkę, bo wiedziałem, że niesie porcję nowości właśnie od Skullcandy. Wśród nich bardzo obiecujące słuchawki Skullcandy Dime, które to właśnie opisane zostały przez producenta na opakowaniu jako: Mini and Mighty.

Jakie są Skullcandy Dime?

Skullcandy Dime to naprawdę niewielkie słuchawki. Powiedziałbym nawet, że są po prostu malutkie, a to ogromna zaleta, bo w końcu TWSy to słuchawki, które zabieramy ze sobą, w kieszeni spodni czy kurtki, więc ich wielkość ma kluczowe znaczenie. W zasadzie zachodzę w głowę i nie przypominam sobie żadnych innych słuchawek TWS, które testowałem przez ostatniej 1,5 roku, by były mniejsze od Dime. Na pewno Boya K-Buds się zbliżają rozmiarem, ale dalej są zauważalnie większe.

Bardzo charakterystyczne pudełko, szczególnie jego górna pokrywa, przez które wystają fragmenty słuchawek. Zamyka się ono na charakterystyczny klik, to duża zaleta, bo często na pewno nie otworzy się ono samo w kieszeni kurtki. Pomimo niewielkich jego rozmiarów, Skullcandy twierdzi, że cały zestaw wytrzyma do 12h, a to na pewno sprawdzę podczas wypraw na rower, gdzie głównie będą testowane długodystansowo.

https://www.instagram.com/p/CO_LKcNHdaJ

Jeśli chodzi o pierwsze wrażenia, to nie bez znaczenia jest fakt, że po włożeniu do uszu… nie wypadają. A moje nieforemne prawe ucho, zawsze skutecznie wyrzucało z siebie właściwie każde TWSy. Dime się nie dały – leżą jak ulał. To, co jednak najważniejsze przy pierwszych wrażeniach, to dźwięk i zanim Wam o nim powiem, bo jest o czym, to mała dygresja.

Zauważyłem, że właściwie wszyscy producenci zaczęli produkować TWSy, powstał swoisty trend na rynku, że każdy producent, już nawet spoza branży słuchawkowej, musi taki produkt w portfolio posiadać. To w sumie świetna wiadomość, bo rynek rośnie, jest w czym wybierać, ceny robią się konkurencyjne, można poszaleć z wyborem. Idąc dalej tym tropem, właściwie na przestrzeni ostatniego pół roku, zmieniałem swoje ulubione słuchawki, za każdym razem, kiedy kurier przynosił nowy, świeży, premierowy produkt.

Wracając do jakości dźwięku po krótkich, pierwszo-wrażeniowych przesłuchaniach, mam wrażenie, że znowu się szykuje roszada na pierwszym miejscu, ulubionych słuchawek TWS! Oczywiście potwierdzę Wam tę zamianę zaraz po tym, jak napiszę pełną recenzję, a tymczasem pierwsze wrażenia muszą Wam wystarczyć.

Wracam z recką niebawem.