Okazało się, że nie tylko ja zastanawiam się nad tym już w połowie lipca. W sieci można już znaleźć pełne obaw wypowiedzi analityków. Nie trzeba być zresztą specjalistą, żeby zauważyć, że 2019 pod względem wielkich filmowych premier ustawił poprzeczkę naprawdę wysoko. Czy w najbliższym czasie jakiś blockbuster będzie w stanie powtórzyć sukces „Avengers”? No cóż…

Według Variety sprzedaż biletów tego lata jest o 7% niższa niż w zeszłym roku. W skali roku zmiana ta wynosi już aż 10%. A to wszystko mimo kilku wielkich hitów, z których najważniejszy to oczywiście wspomniany „Endgame”. Przyszły rok ma przynieść kilka potencjalnie dochodowych produkcji, np. „Birds of Prey”, „The New Mutants” czy „Godzilla vs. Kong”, ale żadna z nich nie ma tak ogromnego i oddanego grona fanów, jak seria Marvela czy choćby „Toy Story”, którego czwarta odsłona również jest propozycją z 2019 roku.

Być może strategia tworzenia wielkich serii i remake’ów powinna już odejść do lamusa. Wiele wskazuje na to, że widzowie są zmęczeni oglądaniem bliźniaczo do siebie podobnych lub odgrzewanych propozycji (vide negatywny szum wokół „Króla Lwa” jeszcze przed obejrzeniem samego filmu). Widać to zresztą choćby po sukcesach „niestandardowych” horrorów, które z roku na rok coraz bardziej zaskakują widzów i oddalają ich od wymęczonego już schematu demonów i upiorów. Samo to, że takie produkcje jak „Hereditary” czy „Midsommar” w ogóle trafiają do multipleksów, świadczy o wyraźnej zmianie potrzeb widzów.

Może właśnie świeżość i jakieś ryzyko ze strony producentów byłyby sposobem na zażegnanie kryzysu spadającego poziomu sprzedaży biletów? A może… może wystarczyłoby po prostu obniżyć horrendalnie wysokie ceny wejściówek?