Jak "Gwiezdne Wojny" zrobiłby Woody Allen? Czyli kto powinien reżyserować gwiezdną sagę

Jak "Gwiezdne Wojny" zrobiłby Woody Allen? Czyli kto powinien reżyserować gwiezdną sagę

Opublikowano 30.05.2019 21:27 -


Są na sali fani „Star Wars”? Za nami teaser „The Rise of Skywalker”, za nami tradycyjna sesja w „Vanity Fair”, można więc w spokoju czekać na domknięcie trylogii. Trylogii średnio udanej. Ale czy przy obecnych uwarunkowaniach rynkowych mogła być lepsza? Myślę, że nie, dlatego większą nadzieję pokładałem w spin-offach, które zawiodły mnie jeszcze bardziej. Mimo że nie były obarczone takimi oczekiwaniami jak saga o Skywalkerach i mogły sobie pozwolić na więcej luzu, nie wniosły nic ciekawego ani do uniwersum, ani do kina jako takiego. A gdyby tak kolejne filmy franczyzy oddać w ręce dobrych, uznanych i — przede wszystkim — wyrazistych reżyserów?

Kiedy oglądałem w kinie „Mad Max: Fury Road”, byłem oczarowany. Projekt, który George Miller tworzył w głowie od lat, pokazał, że gość jest geniuszem. Bo trzeba nim być, żeby zrealizować taki film. Jego fabułę streszcza się jednym zdaniem, a mimo to nie nudzi. Mało tego, w najlepszym stylu korzysta z narzędzi, jakie przez lata istnienia wypracowało kino. Arcydzieło.

Sesja zdjęciowa dla „Vanity Fair” wykonana przez Annie Leibowitz miejscami moooooocno przypomina klimat „Mad Maxa”. Przypomniało mi to moją pierwszą myśl po wyjściu z kina z filmu Millera: chciałbym, aby zrealizował on film w świecie „Gwiezdnych wojen”. Co się pewnie nigdy nie wydarzy. A szkoda, ponieważ... wow. Uniwersum jest tak przepastne; da się w nim upchnąć nie tylko dowolną fabułę, ale i dowolny gatunek filmowy. Postapokalityczno-pustynny klimat, jaki znamy z „Mad Maxów” Millera, aż prosi się o odtworzenie w realiach Tatooine lub Jakku. Lub Jedda. Lub zupełnie nowej pustynnej planety (Anakin Skywalker nie lubi tego, ale walić go). No i przede wszystkim w filmach spod znaku „Star Wars” brakuje mi mięsistej historii niebędącej częścią sagi rodu Skywalkerów. Tak, wiem, że kroi się #podobno trylogia w realiach KoTOR, ale dlaczego nie zrobić w tym świecie czegoś zupełnie nowego? Bardziej odjechanego? A może o mniejszej skali, gdzie stawką wcale nie będzie ratowanie galaktyki?

W wykonaniu Millera mogłoby to być na przykład powiązane fabularnie z wyścigami podów na Tatooine, długo przed lub po tym, jak brał w nich udział Anakin Skywalker. Oczami wyobraźni widzę ten heist movie, gdzie grupa niewolników, biorących udział w wyścigach planuje ucieczkę na wolność podczas najważniejszych zawodów w sezonie. „Ucieczka z Tatooine” — mogłaby to być uczta, panie i panowie.

Ale nie tylko Miller mógłby wnieść do uniwersum gigantyczny powiew świeżości i unikalnego stylu. Jest co najmniej kilku współczesnych twórców, którzy w erze blockbusterów potrafią zachować oryginalność, której „Gwiezdnym Wojnom” albo brakuje (vide „Przebudzenie Mocy”), albo jest wymuszona i kontrowersyjna (vide „Ostatni Jedi”).

Taki na przykład Nicolas Winding Refn, który dał światu choćby kultowy „Drive” z Ryanem Goslingiem. Gość uwielbia pławić się w klimacie wielkiego, przytłaczającego miasta, ogromnych budynków i neonowych świateł. Mógłby przedstawić wolno sączącą się klimatyczną historię półświatka Coruscant, lawirującą między najniższymi, brudnymi poziomami metropolii, a rozświetlonymi pulsującymi barwami dużo wyżej, tam, gdzie bawią się wyższe sfery. Zupełnie inaczej niż u Millera, w filmie Refna tempo akcji byłoby pewnie dostojne i powolne, ale dzięki temu moglibyśmy głębiej wniknąć w klimat panujący na planecie-mieście.

Zwłaszcza że u Refna nie ma scen niepotrzebnych; każda jest trybikiem, mającym ważną funkcję w finalnym dziele, a Coruscant stolica wszechwszystkiego w „Star Wars” zasługuje na to, żebyśmy poznali ją lepiej na dużym ekranie.

Ale i tak najbardziej przyziemnie historie ze świata „Star Wars” mógłby przedstawić Jim Jarmush. Wiem, tego reżysera kocha się albo nienawidzi, a jego filmy (zwłaszcza wczesne) są jeszcze wolniejsze niż Refna. Ale to jest mistrz przyziemności i rozmów o niczym; nikt nie pokazuje ich jak Jarmusch. Gwiezdnowojenna wersja jego „Kawy i papierosów” w Kantynie Mos Eisley po godzinach mogłaby mieć nie tylko niepowtarzalny klimat. Mogłoby to być coś, co pomoże nam zagłębić się w ten jeden konkretny element świata „Star Wars”.

Dzięki czemu całe uniwersum stałoby się nam jakoś bliższe i zwyczajnie bardziej realne. Jednak moim osobistym marzeniem byłoby pokazanie przez Jarmuscha najzwyklejszego życia gwiezdnowojennego żołnierza — szturmowca, rebelianta; wszystko jedno.

Zobaczylibyśmy, że nie walczy on za Imperium, czy Rebelię, a raczej zastanawia się, co podadzą dziś na obiad, co dzieje się teraz w jego rodzinnych stronach; a może nawet okazałoby się, że w wolnych chwilach pisze wiersze, jak pewien kierowca autobusu w ostatnim filmie Jarmuscha. Takie zagłębienie się w szczegóły świata w jednym filmie, spowodowałoby, że kiedy w innym będziemy oglądali walkę o przyszłość całej Galaktyki, ta stawka będzie dużo bardziej odczuwalna. Poczulibyśmy, że gra toczy się o przyszłość prawdziwego, żywego świata. A tego brakuje disnejowskiej trylogii.

Pewne nadzieje wiążę z zapowiedzianym serialem „The Mandalorian”. Mianowicie marzy mi się, że będzie on nieco w stylu braci Cohen. Już zapowiedziano, że będzie zbliżony do konwencji westernu, więc jeszcze nie pozbawiono mnie nadziei. Ale wyobraźcie sobie historię o dwóch stróżach prawa, tropiących na Mandalorze maniakalnego mordercę. Rzecz dzieje się tuż po upadku Imperium, kiedy największym wyzwaniem jest zaprowadzenie praworządności na rubieżach Galaktyki. Kto ma to zrobić, jeśli nie młody łowca nagród w duecie z byłym elitarnym żołnierzem Imperium, którego głowę trawi wojenna trauma, a jego przyjaciele zginęli na pokładzie Gwiazdy Śmierci? Czyż to nie jest klimatyczna wizja? Serial pewnie taki nie będzie, ale gdyby bracia Cohen zrobili o tym film? Rozmarzyłem się.

Można takie pomysły snuć w nieskończoność; aż prosi się tu jeszcze o wspomnienie o Quentinie Tarantino. Mimo delikatnego spadku formy w ostatnim czasie dałby on „Gwiezdnym Wojnom” coś, czego niektórym może w nich brakować — soczyste dialogi i wartką akcję. I pewnie flaki. Wyobrażacie sobie opowieść o Mace Windu spod ręki Tarantino? Zwłaszcza że jest to jedyny reżyser, u którego Samuel L. Jackson zmienia się w dobrego aktora.

Czy Disney zrealizuje któryś z tych pomysłów? Nigdy w życiu. Czy mają one sens? Myślę, że tak. Po pierwsze widać, że w korporacji Myszki Miki nie ma za bardzo pomysłu na to, czym ma być gwiezdna saga. Czy opierać ją na nowych bohaterach, czy przyciągać do kina starymi? Dawać więcej tego samego, czy poszukiwać nowego? Jeśli nowego to jak? Gdyby oddano wolną rękę takim reżyserom, jak ci wymienieni wyżej, część tych dylematów nie byłaby już po stronie producenta, a widz mniej więcej wiedziałby czego się spodziewać. Taka formuła pozwoliłaby odciąć się od elementów kina familijnego, jaką obarczone są trylogie; „Rogue One”, gdyby odrzeć go z gwiezdnowojennej otoczki zostaje na przykład (bardzo średnim) filmem wojennym.

Ale pomijając konkretne nazwiska — Disney ma w ręku ogromne uniwersum i markę, która gwarantuje wielką widownię. To aż prosi się, żeby zamiast budować kolejną epicką sagę, wziąć ten świat i się nim po prostu zabawić. W kinach albo na Disney+.

A gdyby kolejna saga jednak powstała, pokazanie różnorodności uniwersum uwiarygodni je. Podniesie stawkę. Świat bliższy widzowi to świat, o który możemy się realnie martwić, kiedy znów przyjdzie się o niego bić na świetlne miecze.

Macie jakieś pomysły, kto jeszcze mógłby wziąć się za markę „Star Wars”? Jakie „Gwiezdne Wojny” zrobiłby Denis Villeneuve, jakie Martin Scorsese, a jakie reżyser z tytułu tego tekstu?

A może chodzi Wam po głowie ktoś jeszcze?


Autorem artykułu jest Wojtek żubr Boliński.

Wieści z Rozładowani.pl