Indie się kocha albo nienawidzi, czyli moja niedługa relacja z podróży do Indii

Indie się kocha albo nienawidzi, czyli moja niedługa relacja z podróży do Indii

Opublikowano 8.07.2019 21:09 -

To była moja pierwsza prawdziwa przygoda. Jeszcze nigdy nie przyszło mi lecieć tak daleko, do tak odległej kultury. Cieszyłem się ogromnie, bo bardzo chciałem poznać bliżej ludzi, otoczenie, zwyczaje i tradycje ludzi, z którymi na co dzień pracuję i których naprawdę lubię. Oto krótka relacja z mojej szybkiej wizyty w Indiach.

Nie samą technologią człowiek żyje, więc pomyślałem, że podzielę się z Wami doświadczeniami i przemyśleniami po krótkim pobycie w Indiach. Wydaje mi się to na miejscu, tym bardziej że pośrednio to właśnie technologia mnie tam ściągnęła.

Na co dzień pracuję w dużej korporacji (swoją drogą, czy istnieją małe korporacje?). Jestem odpowiedzialny za pracę niespełna 90 developerów, którzy to działają w ośmiu różnych teamach scrumowych. Lubię swoją pracę, bo daje mi masę satysfakcji oraz możliwość obcowania z ludźmi z przeróżnych kręgów kulturowych, których poznawanie jest naprawdę interesujące. Znam sporo Skandynawów, są też Brytyjczycy, jest Nowozelandczyk, nie brakuje ludzi z Bliskiego Wschodu, a najwięcej osób w setupie developerskim reprezentują Hindusi.

Zanim przystąpiłem do projektu, słyszałem bardzo różne opinie kolegów na temat współpracy akurat z nimi. Nie uprzedzałem się i postanowiłem zbudować swoją własną opinię. Szybko się przekonałem, że współpraca z nimi to ciekawe doświadczenie, a ich samych nie różni od nas aż tak wiele. Po prawie trzech latach jestem bardzo zadowolony i nie mam najmniejszych powodów do narzekań. To bardzo pracowici ludzie, uczciwi i przede wszystkim otwarci. Przez ten czas miałem okazję poznać ich podejście do życia, filozofię, wartości, kulturę, czy nawet religię.

Nie mogłem się doczekać, by w końcu odwiedzić ich na miejscu, w Indiach. Już zimą zaplanowałem więc, że w czerwcu wybiorę się do indyjskiej doliny krzemowej – Bangalore.

Obecnie Bengaluru nazywane jest indyjską Doliną Krzemową. Swoją siedzibę ma tam między innymi Indian Institute of Science, Infosys i Indyjska Organizacja Badań Kosmicznych. Wiele międzynarodowych koncernów informatycznych i elektronicznych ma tutaj swoje oddziały (m.in. Sun Microsystems, IBM, Motorola, Oracle, Philips, Samsung Electronics, Cisco, Texas Instruments, Intel, AMD, HP, Google, Nokia Networks, VMware – posiada centrum rozwojowe, w którym powstała m.in. usługa Google Finance). /Wiki

Wyprawa zaczęła się w Gdańsku, gdzie w samo południe miałem lot do stolicy, z której to o godzinie 21:00 wyruszyłem w podróż do katarskiego Doha. Ta część podróży zapowiadała się cholernie ciekawie, tym bardziej że Katar brzmiał chyba jeszcze bardziej egzotycznie niż indyjskie Bangalore. Postanowiliśmy, że obowiązkowo wykorzystamy 10-godzinną przerwę i wybierzemy się na lokalne zwiedzanie szlakiem głównych atrakcji.

Pogoda jednak nie zapowiadała się zbyt łaskawie. Przeglądając na kilka dni wcześniej temperatury, które panują w Doha, wiedziałem, że będzie ekstremalnie. Sam należę do jednostek zimnolubnych, więc temperatury w okolicach 40-45°C to dla mnie po prostu walka o życie. Jak się okazało nie tylko dla mnie, dla Katarczyków również.

Podróż przebiegła bardzo sprawnie. Lot na noc to świetna sprawa, ponieważ nim się człowiek obejrzy, już trzeba wstawać, bo nadchodzi czas lądowania. Przez ostatnie 1,5 roku przetrwałem łącznie około 150 lotów do Skandynawii i z powrotem (połączenie przez Kopenhage), więc lotniczy ze mnie weteran (nawet złota karta się zrobiła w Eurobonusie, gorąco polecam!). Tutaj jednak czułem się, jakbym miał lecieć pierwszy raz. Kołował mnie rejestrowany bagaż i całe to ogarnianie przed lotem, a przede wszystkim samolot-potwór z ośmioma rzędami miejsc. Emocje były ogromne, a buzia na te wszystkie nowe doświadczenia cieszyła się cały czas.

Po wielu godzinach lotu wylądowaliśmy na Hamad International Airport w Doha. Kiedy w końcu otworzyły się drzwi wyjściowe, ciepłe powietrze wlało się na pokład samolotu. Była 4 rano, a na zewnątrz 37°C. Oryginalne doświadczenie.

Qatar Airways zgarnęło kilka nagród w plebiscycie Skytrax. To w sumie nic dziwnego, bo podróżowanie z nimi to naprawdę świetne doświadczenie, tym bardziej że dotychczas latałem głównie po Skandynawii, bardzo przyzwoitym SAS-em.

Lotnisko zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Przede wszystkim okazuje się, że jest ono naprawdę nowe, bo oddane do użytku w 2014 roku. Widać, że nie oszczędzano pieniędzy i to właściwie na wszystkim. Dwa elektryczne pociągi jeżdżące nad głową, także wewnątrz budynku, przemieszczające podróżnych między terminalami, sprawiły, że oczy niemal wyszły mi z orbit. Według informacji z Wikipedii, lotnisko w 2017 r. odprawiło 35 milionów pasażerów. Dla zrozumienia skali nasze warszawskie lotnisko w 2018 r. obsłużyło zaledwie 17 milionów pasażerów. Patrząc jednak na ranking najpopularniejszych lotnisk w Azji, to Hamad znajduje się na 27. miejscu. W skali światowej zaś jest poza pierwszą 50. (chociaż w 2016 r. zamknęło ono ranking na 50. miejscu).

Lamp Bear – miś wyrzeźbiony z brązu, który wita gości w głównej części hali na lotnisku Hamad. To niejedyna atrakcja, jest tego więcej, co zaraz zobaczycie. Miś został zrobiony przez Szwajcarskiego artystę Ursa Fischera. Ma symbolizować i przypominać dzieciństwo oraz to, jak ważne są przedmioty, które zabieramy ze sobą z domu.

Rial

Walutą w Katarze jest Rial. Jest on bardzo zbliżony swoją wartością do polskiego złotego. Za każdy 1 QAR przyjdzie nam zapłacić 1,04 PLN. Ciężko mi mówić o samych cenach, gdyż właściwie poza samym lotniskiem i targiem Souq Waqif wiele okazji do wydawania pieniędzy nie miałem.

Kiedy pieniądze wyskoczyły z bankomatu – zamarłem. Zamiast cyfr arabskich zobaczyłem same 'szlaczki', zamiast cyfr arabskich. Odetchnąłem z ulgą dopiero, kiedy na rewersie znalazłem zrozumiałe dla siebie wartości ;-)

Duża herbata na lotnisku to koszt 18 QAR, a Pepsi w z pewnością zbyt-drogim-lotniskowym sklepie 15 QAR. Butelka wody 0,5 l to wydatek 12 QAR, czyli stosunkowo drogo i to nawet jak na lotniskowe standardy.

Na targu kwoty były już zdecydowanie bardziej przyziemne i mimo że to jedna z głównych atrakcji Doha, to butelkę wody 0,5 l kupicie już za 2 QAR, czyli bardzo przystępnie. Pamiątkowe magnesy to wydatek rzędu 10-12 QAR, a koszulka piłkarskiej reprezentacji Kataru to wydatek rzędu 30 QAR.

Souq Waqif

Cały targ jest pełen wąskich uliczek z architekturą ubiegłego wieku. Wygląda to naprawdę imponująco, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że dookoła samego Souq Waqif mamy nowoczesne budownictwo i szerokie asfaltowe drogi. Miejsce jest naprawdę pełne świetnego klimatu i znajdziecie tu wiele oryginalnych produktów. Oczywiście najpierw trzeba się przebić przez wszystkie te chińskie produkcje wątpliwej jakości, obecne właściwie na każdym straganie.

Nie zabraknie jednak również rękodzieł, jak wszelkiej maści naczynia, misy, oryginalne pamiątki czy oczywiście przyprawy. Panowie delikatnie zawyżają ceny, więc trzeba być przygotowanym na drobne negocjacje. Polecam powalczyć, da się nawet sporo ugrać ;-)

Upał i parująca elektronika

Wracając do temperatur Pan w aucie wspomniał, że dzisiaj jest naprawdę znośnie, bo raptem 37°C. Dzień wcześniej było ciężko, nawet dla lokalnych. Wspomniał, że temperatura w ciągu dnia sięgała 45°C. Koszmar. Oczywiście, kiedy wyszliśmy z klimatyzowanego lotniska, momentalnie cała elektronika, w miejscach, gdzie było szkło, złapała parę. Wrażenie było takie, jakby wchodziło się do rozgrzanej sauny. Pełen szacunek, że można egzystować w takich temperaturach. Dla mnie, osoby zimnolubnej, byłaby to przeszkoda nie do przeskoczenia.

Drapacze chmur

Nie wiem, czy drapacze chmur można rozpatrywać jako główną atrakcję Doha, ale na pewno są czymś bardzo charakterystycznym dla tego miasta. Oczywiście punkt widokowy i objazd wokół tych pięknych cudów architektury był dla mnie pozycją obowiązkową.

Panorama okazała się warta wizyty, choć najpewniej jeszcze ciekawsza byłaby nocą, kiedy budynki rozbłyskują na przeróżne kolory, ale to przejazd między nimi robi największe wrażenie. Widać jak wiele pieniędzy kosztowały, są wręcz pomnikami z pieniędzy ich właścicieli. Ogromne wrażenia robią także przestrzenie zielone, bujne trawy między budynkami, których utrzymanie, biorąc pod uwagę niesprzyjające warunki atmosferyczne, musi wymagać nie lada zachodu.

Po wizycie na targu i objazdówce po mieście musieliśmy wracać na lotnisko, by zgodnie z zaleceniami mieć luźne dwie godziny na wszystkie procedury. Warto wspomnieć także o momencie sprawdzania paszportu. Aparatura skanująca wyglądała naprawdę imponująco. Kamera dopasowała się do wysokości osoby skanowanej, a w trakcie zdjęcia pojawiło się dodatkowe światło. Widać, że cały ten mechanizm musiał kosztować majątek. Dlaczego o tym wspominam? Otóż, gdy wylądowaliśmy w Indiach, zdjęcie robiła nam... stara kamerka Logitech, podpięta po kablu do komputera stacjonarnego :-) To oczywiście w żadnym przypadku nie odbiera jej uroku!

W końcu indie!

Kiedy już kamerka Logitecha zrobiła nam zdjęcia, a Pan w dresach (autentycznie) przeskanował nasze bagaże, w końcu mogliśmy się wybrać do hotelu. Jeszcze tylko odnalezienie naszego kierowcy, co tylko początkowo wydawało się wyzwaniem (zważająca na tłum), bo szybko znaleźliśmy tabliczkę z naszymi imionami.

Nie mogłem nie zrobić pamiątkowego zdjęcia ze swoim imieniem na tabliczce. Liczyłem, że kiedyś i mnie to spotka :-) Udało się!

Mieliśmy szczęście i pecha zarazem. Umęczeni po wielogodzinnej podróży (w końcu wystartowałem o 10:00 w piątek, a wylądowaliśmy w niedzielę wcześnie rano, tuż przed 03:00 czasu lokalnego) nie potrafiliśmy docenić naszego kierowcy, który był świetnym rozmówcą; wesołym, bardzo sympatycznym i zaciekawionym naszą kulturą człowiekiem. Zła wiadomość była taka, że zamiast rozmów - marzyliśmy o hotelowym pokoju, prysznicu i łóżku.

Warto wspomnieć o hotelu. Wylądowaliśmy w lokalnym Sheratonie, który zbudowany został kilka lat wcześniej. Dało się to odczuć. Wszystko świeżutkie, nowoczesne, niezmęczone upływem czasu. Obsługa absurdalnie sympatyczna! Często sypiam w hotelach tej sieci, będąc w Skandynawii, ale odpowiednik sztokholmski nie ma żadnego porównania. Żadnego.

Ukochane Dosa!

To, co miało definitywnie odróżnić to miejsce od hoteli, do których przywykłem, to... śniadania. Buzia mi się radowała, kiedy zobaczyłem ten ogromny wybór jedzenia. Oczywiście nie zabrakło produkcji europejskich, np. klasyczne śniadanie angielskie, ale całość była zdominowana przez kuchnię indyjską. Jedzenie było absolutnie kapitalne, nie mogłem się nacieszyć tym, co było serwowane, dochodząc do paradoksalnej sytuacji, w której nie wiedziałem, czy jeść coś, co już znam, czy próbować kolejnych smaków. Ukochałem sobie prawdziwym uczucie danie o nazwie Dosa.

Dosa (dosay w stanie Karnataka, dosa దోసె w Andhra Pradesh,dosai தோசை w stanie Tamil Nadu, doshai w stanie Kerala) – pochodzące z południowych Indii cienkie jak papier naleśniki wyrabiane z soczewicy i mąki ryżowej, smażone na płaskiej blaszce z dodatkiem ghi. W Indiach najpopularniejszą wersję przygotowuje się ze sfermentowanego ciasta ryżowego z dodatkiem soczewicy urid dal. Ze względu na ograniczoną dostępność tej odmiany w Europie, można przygotować analogiczny wyrób z pełnej mąki. Placki dosa podawane są w wielu różnych odmianach z wieloma dodatkami. Nadziane warzywami przyprawionymi curry zmieniają się w masala dosa – mocno pikantną przekąskę. Mogą być podawane również z różnymi czatnejami, na przykład czatnejem kokosowym. /Wiki

Do tej pory nie jestem pewien, która wersja jest smaczniejsza. Ta z mielonymi ziemniakami czy klasyczna, bez dodatków.

Przylatując do Indii, wiedzieliśmy, że nie będzie wiele czasu na zwiedzanie. Wszystko za sprawą godzin pracy, które dla firm współpracujących z partnerami z Europy zaczynają z reguły o 11:30, kiedy na starym kontynencie zegarek pokazuje 08:00. To dawało sporo możliwości rano, by zagospodarować czas, niestety niewiele, by cokolwiek zrobić po pracy. Powrót był w granicach godziny 20:00, a właściwie każdy dzień mieliśmy zaplanowany na kolacje z naszymi kolegami, w różnych zestawieniach. Zabierali nas do naprawdę przeróżnych miejsc, tych bardziej ekskluzywnych, a nawet do takich, gdzie mogliśmy spróbować lokalnego piwa.

Placuszki ryżowo-fasolowe - Idli. Świetnie smakowały, nie można było przejść obok nich obojętnie podczas śniadań.

Ruch miejski

Codziennie, dojeżdżając do biura i z niego wracając, a także przemieszczając się wieczorami, główną atrakcją był dla nas... ruch miejski. Jak zahipnotyzowany obserwowałem zachowania kierowców na drodze. Z początku był to jeden wielki chaos i byłem pewien, że to właściwie kwestia krótkiej obserwacji, by zobaczyć kolejne wypadki, stłuczki, obtarcia. Ku mojemu zaskoczeniu nic takiego się nie wydarzyło.

Widok z biurowca. To, co widzicie poniżej to ruch miejskich i budowa, która rozłożona jest na całe miasto. Za kilka lat po tej betonowej fasadzie będzie jeździło metro, które ma odmienić życie mieszkańców i najpewniej rozładować nieco ruch.

Motoriksze, motocykle, skutery, auta, a nawet rowery. Wszyscy zmiksowani w jednym wąskim pasie, który ma być drogą. Ci sprytniejsi, z mniejszymi wehikułami potrafili jeździć nawet po prowizorycznych chodnikach, byle tylko przejechać dodatkowe metry, w jednym wielkim korku. Świetne przeżycie! Wszyscy bardzo sprawnie sobie radzili, bez absolutnie żadnych nerwów. Bez znaczenia, czy ktoś komuś zajechał drogę, czy ktoś wymusił pierwszeństwo. Kiedy zapytałem kierowcę, patrząc na to, w jakim chaosie jedziemy i ile razy użył klaksonu, co musi się wydarzyć, by zdenerwować hinduskiego kierowcę, odpowiedział:

A po co się denerwować?

No tak, po co? Nawet nie wiedział, jak bardzo trafnej udzielił odpowiedzi. Odpowiedzi bardzo odległej kulturze jazdy w naszym kraju.

Po kilku dniach obserwacji zauważyłem, że w tym chaosie jest metoda. Kluczowym elementem w ruchu ulicznym jest klakson. W Indiach jego rola polega na tym, by zaznaczać swoją obecność. Jeśli poruszamy się szybciej autem, niż pan na motocyklu obok, wciskając klakson, wymuszamy na nim, by spojrzał w lusterko i zrobił miejsce dla auta. Nikt nie ma problemu z przesunięciem się, nikt nie robi wyrzutów, wszystko dzieje się niemal automatycznie.

O ile po tych kilku dniach przekonałem się, że tak w sumie da się jeździć, o tyle były i sytuacje, które mroziły krew w żyłach i które ciężko rozpatrywać jako takie, do których można przywyknąć. Otóż kierowcy na jednośladach często byli na tyle zdeterminowani, by pokonywać kolejne metry, że próbowali swoich sił... jadąc pod prąd. Oczywiście ruch z reguły nie pozwalał im rozwijać szalonych prędkości, ale to coś, co było frustrujące, chyba nawet dla hinduskich kierowców.

Warto także pamiętać o tym, że jako piesi nie macie właściwie żadnych praw. W drabinie uczestników ruchu drogowego jesteście na najniższym szczebelku. To o tyle problematyczne i niebezpieczne, że mi się przytrafiło kilka razy przechodzić mniej ruchliwą drogą i założyć z góry, że prawa mam takie jak w Europie, czyli God Mode. Nic z tych rzeczy. Pan na motocyklu zaraz mnie naprostował i wyprowadził z błędu, hamując tuż przede mną i rzucając złowrogie spojrzenie.

Wyprawa na Nandi Hills

Wiedzieliśmy, że właściwie weekend będzie jedyną okazją na zobaczenia czegokolwiek. Zachęceni przez kolegów postanowiliśmy, że wybierzemy się na Nandi Hills. Legendy głoszą, że nazwa tych wzgórz pochodzi od świątyni, która zlokalizowana jest na jednym ze szczytów. Najwyższy punkt ma niespełna 1500 m, a więc widoki zapowiadały się wybornie. Tym bardziej że planowaliśmy zobaczyć na miejscu wschód słońca.

Nasi koledzy zasugerowali nam, by wybrać się jak najwcześniej, bo ze względu na różną sytuację na drodze podróż może zabrać nawet do 1,5 h. Co ważne, odradzili bezwzględnie wybierać się tam w weekend, gdyż jest to jedno z popularniejszych miejsc w okolicy. Powtarzali także jak mantrę, że to jedno z nielicznych miejsc w okolicy warte zobaczenia. Wszystko przez to, że Bangalore jest głównie miejscem pełnym parków technologicznych i temu zawdzięcza swój szybki rozwój.

Pobudka o 03:40 i wyjazd 20 minut później. Kierowca odebrał nas bezpośrednio spod hotelu, a sama podróż zajęła ponad godzinę. Miasto i peryferia jeszcze spowite snem, chociaż część ulicznych przedsiębiorców już otwierała swoje kramy, a inni prowadzili aktywną sprzedaż swoich towarów i usług. Właściwie wyjeżdżając poza Bangalore, można było zobaczyć te prawdziwe Indie, znane z materiałów dokumentalnych. Wieś, inna zabudowa, totalnie inny klimat. Oczy nie mogły się nacieszyć tym, co widzą. To naprawdę niebywałe, ile frajdy daje samo oglądanie i patrzenie na codzienność ludzi w tak odległej części świata.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że sporo osób czeka w kolejce przed szlabanem. Nasz kierowca ustalił, że wpuszczają na szczyt dopiero od 6 rano. Mieliśmy jakieś 20 minut czekania i spore rozczarowanie z dwóch powodów. Szczyt góry oplatała chmura, więc obawialiśmy się, że guzik zobaczymy. Drugi powód to fakt, że przegapimy wschód słońca, bo nawet jeśli od 6 wpuszczają, to jeszcze chwila nam się zejdzie, by dostać się na szczyt... autem. Dacie wiarę, że na sam szczyt można było wjechać asfaltową drogą? Nie powiem, dość komfortowy sposób na zwiedzanie ;)

Zaskoczeni, że przejazd przez szlaban nie wiązał się z żadną opłatą, ruszyliśmy w górę. Widoki były naprawdę piękne, cała okolica w zasięgu oka, niestety z każdym pokonanym metrem, nie dość, że pogoda się psuła, to i niestety widoczność robiła się coraz gorsza. Po około 15 minutach dotarliśmy na sam szczyt krętej drogi, gdzie pan poprosił o uiszczenie opłaty, zanim nas przepuści do części parkingowej. Konsternacja, bo jak się człowiek nie spodziewał płacenia, to gotówki żadnej przy sobie nie miał, ot plastik. Były też dolary oraz euro, ale pan stanowczo pokręcił głową i poprosił o lokalną walutę. Uratował nas pan kierowca, który zapłacił za nas, a z którym rozliczyliśmy się w ojro.

Pogoda jak można się było spodziewać - marniutka. Widoczność żadna, siąpiący deszcz, wszechobecna mgła (albo chmury). Jak się potem okazało, w porze deszczowej najlepiej zjawić się tutaj dopiero koło południa, wówczas widoczność jest duża lepsza. Na górze znajdowała się świątynia Śiwy.

Śiwa (sanskr. शिव – łaskawy, przychylny) – jeden z najistotniejszych dewów w hinduizmie. Tworzy Trimurti (rodzaj trójcy hinduistycznej) razem z Brahmą i Wisznu, w której symbolizuje unicestwiający i odnawiający aspekt boskości. Przez śiwaitów uważany jest za Boga jedynego, tożsamego z bezpostaciowym wszechprzenikającym Brahmanem. Śiwa nosi 1008 imion[1] i przedstawiany jest najczęściej jako Nataradźa – mistrz tańca, ale także jako jogin i asceta, jako dobroczyńca, głowa rodziny oraz jako niszczyciel. Wśród hinduistów Śiwę czczą głównie śiwaici i smartyści. Śiwa jest jedną z najbardziej złożonych istot boskich w hinduizmie i mitologii indyjskiej. Jego rozmaite przedstawienia zawierają w sobie bowiem wiele pozornych sprzeczności. /Wiki

Będę musiał tam jeszcze wrócić, dla samego widoku. Mimo że tym razem pogoda nie dopisała, to i tak warto było się tam wybrać. Zakręciliśmy się na górze, po czym postanowiliśmy wracać i napawać się widokiem codziennego życia mieszkańców.

Wyprawa na Commercial Street, Chickpet i Jayanagar 4th Block

Naprzeciwko hotelu mieliśmy nowoczesne, świeżo zbudowane centrum handlowe, a tam sporo sklepów do wyboru. Oczywiście nie tylko tych z ciuchami, ale też marketem czy przede wszystkim z jedzeniem. Drugiego dnia wybraliśmy się do lokalnej restauracji Punjabi Grill, jako że tylko tam działały nasze karty płatnicze. O zgrozo nawet w KFC-u pokazywała się informacja o zastrzeżeniu płatności z kart i nieważne było, czy była to Visa, czy Mastercard. Co ciekawe, nigdzie indziej nie doświadczyliśmy podobnego problemu. W każdym razie Punjabi Grill był fenomenalny, niezapomniany butter-chicken ;-)

Jestem fanem pikantnego jedzenia. Hindusi mnie przestrzegali przed ichniejszą ostrością, a wszystkie potrawy, które rozpatrywane były przez nich jako pikantne, takie oczywiście były. W zasadzie przez tygodniowy pobyt i zjedzenie tony przeróżnych potraw, chyba tylko raz dałem się zaskoczyć Biryani, która... mnie załatwiła. To danie to kurczak z ryżem, oczywiście pikantny, zresztą bardzo smaczny, ale niestety to właśnie po tym posiłku zaczęły się moje przygody gastryczne. Było to moje 3 Biryani, ale konkretnie mnie rozłożyło. Kurczak był naprawdę pikantny, ale jadalny. Niestety, mój żołądek był odmiennego zdania. Przez następne dni wszystkie moje posiłki uzupełniane były zestawem poniżej ;)

Pogodziłem się z ceną, jaką przyszło mi zapłacić za tak smaczne doświadczenia kulinarne. Tym bardziej że spodziewałem się, że mój żołądek zawiedzie mnie zdecydowanie szybciej. Spuściłem z tonu jedzeniowego, ograniczając się do lekkostrawnego pożywienia i problem udało się... ograniczyć ;)

W ostatni weekend pobytu postanowiliśmy odwiedzić miejsca, które polecają nam lokalsi. Byliśmy na Nandi Hills, polecali także odwiedzić lokalne targi. Spędziliśmy właściwie całą sobotę na poszukiwaniu prezentów dla najbliższych. Zaczęliśmy wyprawę od dzielnicy Jayaganar 4th Block, w której znajdowały się polecane stragany z pamiątkami, ciuchami czy warzywami i owocami. Prezenty kupione, pojechaliśmy odwiedzić Chickpet, chociaż to miejsce przytłoczyło nas liczbą ludzi, a same sklepy nie różniły się tak bardzo od miejsca, z którego dopiero przyjechaliśmy.

Poruszaliśmy się motorikszą, więc panowie kierowcy chcieli nas ciąć, jak tylko się da. Biorąc pod uwagę, że przejechaliśmy Uberem 12 km za 400 Rupii, to odcinek 2 km nie mógł kosztować więcej niż 100 INR. Panowi chcieli 150 wzwyż, ale po szybkich negocjacjach zeszło do 120 INR, więc długo się nie zastanawialiśmy, biorąc pod uwagę, że to koło 7 zł. Odwiedziliśmy polecaną Commercial Street, ale tłok był tam jeszcze większy, a my marzyliśmy, by wrócić - w końcu było chwilę przed 18:00, a za niespełna godzinę miało zachodzić słońce. Wiedzieliśmy, że to będzie wyzwanie, bo nie mieliśmy Internetu, by zamówić Ubera, a podróż motorikszą nie wchodziła w grę ze względu na dystans, więc obraliśmy plan, że poszukamy WiFi przy jednym z popularnych sklepów.

Sieci było pełno, ale wszystkie wymagały podania hasła. Zobaczyliśmy logo McDonald, więc postanowiliśmy sprawdzić, czy mają swoją sieć bezprzewodową. Nic bardziej mylnego. Na dole znajdował się butik z wyglądającymi na drogie ciuchami, więc postanowiliśmy zejść i zapytać, czy nie udostępnią nam hasła na czas zamówienia Ubera. Panowie nawet nie wiedzieli, że mają sieć WiFi. Na szczęście z pomocą przyszła para, która powiedziała dziarsko, że udostępnią nam sieć przez swoje smartfony. Dziękujemy! Uber zamówiony, czas wracać do hotelu.

Niedziela pozostała na ostatnie zakupy w lokalnym centrum handlowym i przygotowania do powrotu. Przykro, że tak naprawdę udało się tylko liznąć tego, czym Indie stoją. Wiedziałem jednak, że czasu nie będzie wiele, ale nawet to proste doświadczenia było tak intensywne, że w głowie pozostała chęć powrotu w nieco bardziej charakterystyczne miejsca. Dawno nie czułem ekscytacji na podróż samolotem, na odwiedzenie nowych krajów, takich jak Katar i chociaż było to jeden dzień, to piękne wspomnienia pozostaną. Indie wprawdzie zwiedzałem nieco dłużej, ale to i tak tylko dotknięcie obcej kultury. Poznałem całą masę ludzi - otwartych, uśmiechniętych i pogodnych, zupełnie innych niż ci, z którymi obcuję na co dzień.

Mówią, że Indie można kochać albo nienawidzić. Nie ma niczego pośrodku. Nie jestem pewien, czy po tak krótkiej wizycie mam mandat, by zabierać głos, ale jestem zdecydowanie osobą, która bardzo polubiła się z tym krajem, kulturą i ludźmi. A najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, że jestem pewien, że tam wrócę.

PS. Na koniec zostawiam Wam krótką video-pocztówkę z wyprawy.