Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie - recenzja bez spoilerów

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie – recenzja bez spoilerów

Opublikowano 19.12.2019 10:06 -


Miesiące czekania, ba! Nawet lata czekania, bo jakby nie było, jest to zamknięcie kolejnej trylogii, a także (według oryginalnego planu Lucasa) zamknięcie całej sagi. Bilety na prapremierę filmu Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie zakupione miałem już dwa miesiące temu. Grzecznie czekały, a ja równie grzecznie unikałem wszelakich informacji, nawet tych najbardziej ogólnikowych teorii, a w ostatnich tygodniach nie oglądałem nawet trailerów.

Stoję zatem w kolejce przed wejściem do kina, aż tu nagle pika dźwięk Messengera i głupi czytam od razu. “Podobno fabuła dziurawa” – pisze mi brat. I już po seansie… Gonitwa myśli, niczym rollercoaster szaleją w mojej głowie. Miliony teorii i pytanie: “dlaczego? Co poszło nie tak?!”. Oczywiście rozsądek stara się gdzieś przebić przez te myśli, podpowiadając: “spokojnie, to tylko teoria, padło przecież słowo -podobno-…”. Z bratem “policzę” się później. A teraz na salę.

Zaznaczę, że myśl o tej fabule towarzyszyła mi przez dwie i pół godziny seansu. Teraz jednak wiem jedno – mogła mi ona pomóc. Zawsze lepiej jest mniej oczekiwać i być pozytywnie zaskoczonym. Tak było w tym przypadku. Skoro już przy fabule jesteśmy, to postaram się ją ocenić, co nie jest łatwe w recenzji “bez spoilerów”. Oczywiście, jeśli macie tak, jak ja, że unikacie jakichkolwiek informacji (ocena ogólna, jakość i informacja nie co, ale czy w ogóle było coś przełomowego), to skończcie czytać :) Na pewno nie zdradzę, kto i czy zginął, ani kto i czy się narodził ;)

Bez miłości czasami jest lepiej

Zacznę może od końca, od oceny samej fabuły. Dla mnie nie ma mowy, nawet przez chwilę o jakichkolwiek dziurach w tejże. Szczególnie, że zwracałem na ten fakt uwagę. Oceniając na tle pozostałych filmów z ostatniej, trzeciej trylogii, Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie bez najmniejszych wątpliwości trafiają u mnie na miejsce pierwsze. Wiem, że ocena jest na gorąco, po zaledwie pięciu godzinach od seansu, ale wiem też, że ta ocena się nie zmieni. Próżno tu szukać scen, które mogłyby stanowić swego rodzaju “zapchajdziury”, czy też ogólnie wątków tego typu. Jako wzorcowy przykład przychodzi mi od razu na myśl motyw z Ostatniego Jedi i Finn i Rose, których spojrzenia i teksty przypominały migawki z Mody na sukces. Tutaj po prostu było zupełnie inaczej – uniknięto rozwleczonych scen, a każda z nich, nawet przełomowa, była dynamiczna, bo ciągle coś się działo. Czasami sam się zaskakiwałem, jak szybko przenosimy się w inne miejsce, gdzie “kocioł” jest jeszcze większy niż w pokazywanej uprzednio scenie.

Dzieje się dużo, widać też, że Disney miał pomysł na tę część już od początku. Owszem odnosi się wrażenie, że Przebudzenie Mocy, jak i Ostatni Jedi są swego rodzaju poczekalnią dla tego finałowego epizodu. Z jednej strony szkoda, bo zmarnowano w szerszej perspektywie potencjał dwóch filmów (bardziej Ostatniego Jedi, niżeli Przebudzenia Mocy, ale z Przebudzeniem raczej ciężko o obiektywizm po tylu latach czekania). Warto jednak było przemęczyć się, żeby zobaczyć część dziewiątą, która w niespodziewanie dobry, jak na Disneya, sposób, zamyka wiele wątków, nie biorąc jeńców. Spotykamy na ekranie wielu bohaterów, fabuła zazębia się z pierwszą częścią idealną klamrą. Był na to pomysł, widać to!

Ukłon w stronę najbardziej zagorzałych fanów

Długo się zastanawiałem, czy jest to ukłon, czy też może przeprosiny za poprzednie – różnie odbierane – części. Nie jest żadną tajemnicą, że w filmie pojawia się Leia, grana przez Carrie Fisher, więc nie jest to żaden spoiler. Wątek z nią zrobiony jest genialnie, właśnie to udowodniło mi, jak bardzo tym razem Disney się postarał. Wyciągnął rękę na zgodę do wszystkich fanów, którzy są z serią Star Wars od samego początku. Nie zabrakło odniesień do historii znanych z pierwszych części, nie zabrakło prawdziwych gwiezdnych wojen, scen walki i ścigaczy.

Jest też jedna scena, która według mnie trafi do kategorii epickich i będzie to czołowe miejsce z całej sagi. Od razu to słowo przyszło mi na myśl po tym, jak ją zobaczyłem. Niestety nic więcej na ten temat nie mogę dodać, bo każde słowo więcej dla inteligentnego fana byłoby spoilerem. Ciekawe, czy po obejrzeniu filmu będziecie wiedzieli, o którą scenę chodzi.

Disney wyciągnął także konkretne wnioski z prac montażystów. Owszem, nie można zarzucić wiele montażowi dwóch poprzednich części, ale ciągle brakowało mi tam tego “czegoś”, jakby ekipa montująca chciała zachować się bezpiecznie, nie przeginając za bardzo. W Skywalker. Odrodzenie tej odwagi nie zabrakło. Być może pomogło im w tym montowanie Mandaloriana (chociaż nie wiem jaka była kolejność, być może równolegle pracowano nad dwoma produkcjami). W serialu Disneya widać więcej luzu, mniej “spiny”, bo przecież to “idzie tylko do telewizji” – co wyszło na dobre każdemu. Przełożono to na najnowszy film serii (albo też na odwrót – liczy się efekt). Nie brakuje więc klasycznych przejść, które znamy z najstarszej trylogii, czy też wspomnianych wcześniej szybkich przeskoków z miejsca w miejsce.

Osobiście cieszę się, że aż tyle wątków wciśnięto w ten film, a co najważniejsze nie rozwleczono go do ponad 3-godzinnej produkcji. Nie ma tutaj chwil znudzenia, trudno nawet na chwilę oderwać wzrok – oczywiście mówię z punktu widzenia fana level hard, gdzie każde ujęcie analizuję dziesięć razy. Tutaj nie było na to czasu.

Aktorzy obejrzeli poprzednie części, mam nadzieję, że nie pierwszy raz

Aktorsko – jest na pewno lepiej niż w Ostatnim Jedi. Odnoszę wręcz wrażenie, że aktorzy przyłożyli się i obejrzeli (oby nie tylko raz) wszystkie poprzednie filmy, aby wyłapać jeszcze raz klimat Gwiezdnych Wojen. Większości z nich się udało i zrobili to genialnie. Niezbyt dobrze odbierana przeze mnie w Przebudzeniu Mocy Rey, w najnowszej części robi coś genialnego. Widać, że starała się, analizowała i – podobnie jak z montażystami – bardziej otworzyła się na postać, zwolniła hamulec ręczny, który mógł ją blokować w poprzednich częściach.

Nie mam wątpliwości, że tą rolą, Daisy Ridley usadowiła się w czołówce “starwarsowych” postaci, a co więcej – zajmuje tam bardzo wysokie miejsce. Najwyraźniej stwierdziła, że jak nie teraz, to nigdy. To był ten moment, kiedy może zrobić swoją postać kultową i zrobiła to bez wahania. Zagrała wyraźnie, odważnie, pewna swego. Chapeau bas!

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie to pozycja obowiązkowa!

Jeśli kiedykolwiek zetknęliście się sagą Gwiezdnych Wojen, a nie mam wątpliwości, że tak jest, to ta część opowieści jest pozycją obowiązkową. Po prostu trzeba ją obejrzeć, a jeśli mieliście jakieś zarzuty do Disneya, to myślę, że chociaż trochę zostaną one złagodzone. Takiego filmu brakowało i cieszę się, że miałem okazję obejrzeć go w kinie, a następny seans już mam zarezerwowany, aby uporządkować wszystkie wątki.

Moja ocena filmu to mocna ósemka w dziesięciostopniowej skali. Ósemka tylko dlatego, że jakbym dał słabą dziewiątkę, to pojawiłby się minus, co byłoby negatywne, a negatywnych odczuć próżno tu szukać. W całej sadze (i tu pewnie podpadnę niejednej osobie) stawiam ten film na pewno najwyżej w całej trzeciej trylogii, a idąc dalej… najprawdopodobniej (ostatecznie ocenię to na chłodno) wyżej niż trylogia “środkowa” (według daty wydania), czyli pierwsza chronologicznie. To moje zdanie. Zdanie innych widziałem, oceny poniżej “szóstki” mnie śmieszą.

Było epicko. Tyle.

Wieści z Rozładowani.pl