Grałem w "Draugen" - kolejny symulator chodzenia

Grałem w "Draugen" - kolejny symulator chodzenia

Opublikowano 8.07.2019 19:56 -


Czy symulator chodzenia, który można przejść w dwie godziny to dobra gra? Takie produkcje na stałe wrosły w cyfrową rozrywkę. Dla mnie cudowną realizacją tej formuły był „Firewatch”, ale to tylko jeden z przykładów. Równie dobrze bawiłem się przy „Event[0]”. Do tego stopnia, że postanowiłem wrócić w przestrzeń kosmiczną w grze „Tahoma”. Mam całkiem spore doświadczenia w spacerowaniu po wirtualnych światach.

Lubię te gry. Zawsze mają w sobie coś, co mnie do nich przyciąga. Tkwi w nich jakaś tajemnica. Oś narracji budowana jest wokół jednego bohatera, który zazwyczaj ma jakiegoś rozmówcę. Po prostu samotność w tych produkcjach potrafi być przytłaczająca. Widać to było w „Firewatch”, gdzie główny bohater otoczony był przez naturę i mierzył się z pożarami lasów oraz własną przeszłością. Zazwyczaj w symulatorach chodzenia nie spotyka się zbyt wielu postaci. Gracz raczej wędruje po jakimś opuszczonym, bezludnym miejscu. Nie inaczej jest w przypadku „Draugen”.

To też symulator chodzenia. Opowiada historię Edwarda Charlesa Hardena, Amerykanina, który poszukuje swojej siostry. Towarzyszy mu Lissie. Inteligenta i pełna energii kobieta. Jest ciekawą przeciwwagą dla analitycznego sposobu bycia głównego bohatera. Oboje trafiają do Graavik, małego norweskiego miasteczka. Szybko odkrywają, że są tam sami. Po mieszkańcach pozostało wiele śladów oraz tajemnica ich zniknięcia, którą trzeba rozwiązać.

Graavik jest piękne, surowe, chłodne. Oprawa graficzna zrobiła na mnie spore wrażenie. Szczególne gra światła i cienia. Wprowadza to zimny klimat do całej opowieści. Uwydatnia go udźwiękowienie. Soundtrack jest piękny.

Doskonale podkreśla narrację oraz pasuje do przestrzeni, w której poruszają się bohaterowie. Jednak papierkiem lakmusowym mówiącym o jakości symulatora chodzenia jest fabuła. Bez opowieści ten gatunek po prostu staje się pozbawionym emocji spacerem.

Jak wypada narracja w „Draugen”? Nierówno. Ma swoje momenty, w których zwroty akcji zapierają dech w piersiach. Niestety, takich chwil jest niewiele. Wiele razy łapałem się na tym, że eksploracja miasteczka była dla mnie przykrym obowiązkiem. Nie byłem ciekaw, co leży w kolejnym pokoju lub jakie tajemnice czekają na mnie za zamkniętymi drzwiami. Najczęściej dlatego, że najpierw musiałem dotrzeć do miejsca wskazywanego przez grę.

Te spacery były męczące. Rozumiem ich znaczenie, wtedy główny bohater rozmawia z Lissie i w ten sposób podsumowuje swoje odkrycia. Niestety, niszczą one rytm opowieści, kilka razy sprawiły, że zacząłem się nudzić. Same zagadki są niespecjalnym wyzwaniem.

Dlaczego? Do ich rozwiązania wystarczą dwie rzeczy – odrobina spostrzegawczości i kliknięcie odpowiedniego miejsce na ekranie. Uważam, że wiele elementów w opowieści można było wykonać lepiej. Tym bardziej że gracz ma do dyspozycji dziennik.

Użyteczność tego przedmiotu jest minimalna. Otwarłem go może ze trzy razy, żeby sprawdzić mapę. Liczyłem na to, że pojawią się w nim bogate podsumowania, rysunki znalezionych przedmiotów, a nawet charakterystyki najważniejszych postaci. Przeliczyłem się. To zwykła mapa, która, na krótko, staje się szkicownikiem.

W takim razie, czy „Draugen” jest złą grą? Nie. Jest średnia. Mam momenty, myślę, że fanom symulatorów chodzenia nawet się spodoba. To solidnie zrealizowany interaktywny film z trochę ślimaczącą się fabułą.

Wieści z Rozładowani.pl