„Gamedec” to gra oparta na twórczości Marcina Przybyłka.

Podejrzewam, że miłośnicy giereczek nie po raz pierwszy spotykają się z tym stwierdzeniem. Postanowiłem je wrzucić na sam początek, aby napisać, to o czym wiadomo od pierwszej zapowiedzi tej produkcji. Nie będę robił z siebie znawcy świata wykreowane przez Marcina Przybyłka. Najzwyczajniej w świecie nie przeczytałem ani jednej jego książki.

Po spotkaniu z grą „Gamedec” stworzoną przez polskie Anshar Studios poważnie zastanawiam się nad nadrobieniem zaległości. Ale dość o moich czytelniczych niedoborach! Czas rozważyć najważniejszą kwestię — czy w to w ogóle warto grać?

Narracja przede wszystkim

Odpowiem jak wytrawny project manager (pozdro dla kumatych) – to zależy. W dużej mierze od oczekiwań. „Gamedec” to izometryczne RPG, mocno nastawione na narrację. Już w tym zdaniu pojawia się kilka kontekstów, z którymi warto się zmierzyć. Jeśli ktoś oczekuje przygody z rodem z „Pillars of Eternity” lub „Icewind Dale”, to udaje się pod zły adres.

W „Gamedec” nie ma żadnej walki, nie ma turowych starć z potężnymi przeciwnikami, nie ma flankowania wrogów i używania na niech umiejętności wytrawnego netrunnera. To dalej RPG, ale wyraźnie nawiązujące do bardziej papierowych wydań opowieści o wchodzeniu w rolę. Chociaż jako literaturoznawca mam ochotę stwierdzić, że „Gamedec” to postnowoczesna wersja powieści paragrafowej. Dlaczego? O tym później! Najpierw napiszę, dlaczego wsiąkłem w ten świat.

Kilka zdań wyżej jasno zaznaczyłem, że nie ma co liczyć na taktyczne pojedynki i aktywną pauzę. Zapomniałem dodać, że nie ma też rozbudowanego zarządzania ekwipunkiem. To co w takim razie jest? Cyberpunkowy klimat. Cudownie mroczny świat, podzielony na rzeczywistą i wirtualną odsłonę. Ta pierwsza jest pełną neonów, mrocznych zakamarków i bezdusznych korporacji.

Akcja rozgrywa się w Warsaw City w XXII wieku i tę brudne uliczki, biedę napędzaną nowoczesnością po prostu czuć. Pozostaje jeszcze świat wirtualny. Gry, w których ludzie wyrywają się ze swoich umęczonych ciał i stają się cyfrowymi postaciami. „Gamedec” pokazuje, że ta druga rzeczywistość wcale nie jest lepsza. Jest tak samo przesiąknięta ludzką naturą, jak ta pierwsza. Zmienia się opakowanie, ale problemy pozostają te same.

Ten klimat całkowicie mnie kupił! Wejście w rolę detektywa, który, od zlecenia do zlecenia, przemierza różne światy, rozwiązuje zagadki, dało mi mnóstwo przyjemności. Ta część gry jest zdecydowanie najlepsza. Na czym polega? Na klikaniu, rozmawianiu i odpowiednim naciskaniu postronnych.

Wszedłem w rolę cwanego detektywa, który nie stroni od hackowania cyfrowych rzeczywistości. Jednych naciskałem poprzez danie w pysk, innym wyświadczałem przysługi, a jeśli mogłem, to po prostu łamałem kod danej gry i naginałem ją do swoich potrzeb. To jest właśnie element odgrywania roli w „Gamedec”! W trakcie rozmów zdobywa się punkty profesji, które pozwalają na odblokowanie różnych umiejętności. A te otwierają nowe możliwości interakcji ze światem i postaciami. Wszystkiego nie da się odblokować, dlatego trzeba się zastanawiać, kim się chce zostać. Kto podejmuje tę decyzję? W dużej mierze gracz.

„Gamedec” nie jest bez wad

Do mnie taka otwarta forma doświadczenia trafia. Czułem, że prowadzona przeze mnie postać działa zgodnie z wybraną przeze mnie rolą. Chwilami czułem się jak na dobrej sesji papierowe RPGa. Brakowało mi tylko głosu narratora, który wprowadzałby mnie w klimat. „Gamedec” jest niemy, co jest największym minusem tej produkcji. Gracz w zasadzie zostaje zderzony ze ścianą tekstu. Widzi ją zarówno w dialogach, jak i w dzienniku, w którym znajduje się wiele ciekawych rzeczy. Brakuje też dobrego systemu nawigowania po zebranych treściach i aktywnych zadaniach oraz mapy lokacji. Nie są to duże przestrzenie, ale zdarzało mi się zgubić. Są potknięcia językowe, które prześlizgnęły się przez korektę. Ale ja uważam, że „Gamedec” to porządna gra stawiająca na doświadczanie różnych emocji.

Te wszystkie niedociągnięcia wynagradzało mi moje „no ciekawe” wymruczane pod nosem, gdy odblokowałem kolejną część fabuły. Hackowanie urządzeń, chociaż poprowadzone wyłącznie za pomocą dialogów, uważam za jedno z ciekawszych doświadczeń w grze. Podobnie jak zdobywanie sympatii u niektórych postaci. Cudowanie jest także to, że wybory oraz zbudowane relacje mają znaczenie. W końcowej części byłem zaskoczony, gdy z pomocą przyszły mi osoby, którym pomogłem kilkanaście zadań wcześniej.

Lubię takie niespodzianki, ponieważ sprawiają, że głębię wchodzę w świat przedstawiony gry. A jednak czasem miałem wrażenie, że „Gamedec” to elektroniczna powieść paragrafowa. Książki, które potocznie zwano pargrafówkami, polegały na dokonywaniu wyborów przez czytelnika, a następnie przejście do konkretnego akapitu lub rozdziału. Czasem kończyło się to dobrze, czasem źle, ale najczęściej odkrywało się jakiś kawałek narracji, który mógł być ślepą uliczką. Zabawa w „Gamedecu” przypomniała mi czasy, gdy z zapamiętaniem wertowałem kolejne paragrafówki w poszukiwaniu smaczków oraz ciekawych zwrotów akcji. A gdy je kończyłem, to już do nich nie wracałem.

Tak jak nie odpalę ponownie „Gamedeca”. Grę skończyłem w weekend, zabawy jest tam na 15 godzin, gdy klika się absolutnie we wszystko. A jako człowiek pamiętający serię „Curse of the Monkey Island” nie jest mi obce wyszukiwanie dobrze ukrytych elementów interakcyjnych. Dlaczego nie mam zamiaru wracać? Bo odegrałem swoją rolę, bo droga do zakończenia mnie usatysfakcjonowała, bo narracja w „Gamedecu” jest nierówna. Początek jest cudowny! Byłem przenikliwy i sarkastyczny niczym Phiplip Marlowe, a potem, pod koniec, zaczęły się pojawiać wątki filozoficzne. Moim zdaniem poprowadzone dość płytko, oparte na pięknie ociosanych w kulturze toposach występujących w innych dziełach utrzymanych w konwencji cyberpunku.

Warto w to zagrać. Szczególnie jeśli ktoś kocha gry w formie doświadczenia i porządne narracje.


Posłuchaj nas!