[Felieton] Ballada o lekkim zabarwieniu motywacyjnym | DailyWeb.pl

[Felieton] Ballada o lekkim zabarwieniu motywacyjnym

Opublikowano 7 miesięcy temu -


Ludzie szukają w internecie motywacji, klikając w artykuły o dziesięciu sposobach na wzięcie się do roboty. I ja - chcąc być w jakimś nurcie, a jednocześnie odpowiadając na zapotrzebowanie - też chcę Was do czegoś zmotywować. Oto historia z życia wzięta, ale taka bardziej fikcyjna. W ogóle to wszelkie prawdopodobieństwo oraz podobieństwo jest przypadkowe i w pełni zamierzone. Może i całe nasze życia są przypadkowe. Imiona zostały zmienione i pozostają do wiadomości redakcji, która zasadniczo także nie istnieje.

Kilka lat temu znałem jedną Magdę. Magda radziła sobie w życiu ani źle, ani dobrze. Bardziej tak jakoś tam, jak każdy. Nic specjalnie spektakularnego. Nie było to może życie w stylu yolo, ale mogę na szybko wymienić z dziesięć osób, które z Magdą zamieniłyby się na życiorysy w ciemno. Zawsze ktoś ma gorzej. Swoją drogą, ciekawe byłoby poznanie człowieka o najbardziej przejebanym życiu na świecie. Albo w Polsce. Albo chociaż w moim bloku. A nie, raz poznałem człowieka o najbardziej przejebanym życiu w jednej kamienicy i było to raczej trudne doświadczenie, ale zostawmy to na inną historię. Jedna rzecz w Magdzie mogła zastanawiać już na pierwszy rzut oka. Dziesięć lat pracowała w tej samej branży i wciąż była na stanowisku juniorskim. Co najmniej nietypowe, prawda?. Upór? Głupota? Brak ambicji? Ja nie wiem, ale chyba o żadną z tych rzeczy bym Madzi nie posądzał. Myślę, że po prostu była jedną z tych bardzo wielu osób, które minęły się z powołaniem, a potem tak mocno popłynęły z nurtem tej pomyłki, że nie bardzo wiedziały jak zawrócić. W sumie to może nawet nie próbowały, bo też nie każdy wie, że można. A zawrócić zawsze się jakoś tam da. Jednym udaje się wcześniej, innym później, jeszcze inni płyną tak aż do usranej śmierci, po której świat o nich zapomina.

Nie myślcie sobie jednak, że Magdy nie było za co podziwiać. Każdego jest za co, tylko nie u każdego od razu to widać. W tym wypadku jedna z rzeczy godnych podziwu była widoczna z miejsca już na pierwszy rzut oka. Otóż nasza bohaterka była kiedyś gruba. Tak totalnie gruba. Nie ufaj grubym, bo w razie jakiejś apokaliptycznej sytuacji, to nie chudzi zjedzą grubych, jeszcze wspomnicie moje słowa. Powiedzieć o Magdzie, że była wielka jak stodoła, to nie powiedzieć nic. Trudno, zdarza się, niektórzy są widoczni z kosmosu i nie można ich za to piętnować. I kiedyś - rozumiecie - na naszą Magdę przyszedł czas. Zakochała się. Zaczęła więc robić to, co powinien robić każdy zakochany grubas - odchudzać się. Najpierw spacery, potem przebieżki. Lekko nie było, bo w ogóle nie jest lekko, jak się jest ekstremalnym grubasem, ale miłość przezwycięża wszystko, co nie? Magda uwierzyła i zacisnęła zęby. Zapierdalała coraz mocniej z tej miłości; z miłości tak te zęby zaciskała; z miłości wylewała z siebie kolejne wiadra potu, z miłości Magda chciała się wreszcie komuś podobać. Z miłości, z której ostatecznie nic, a nic nie wyszło, bo tak już w życiu bywa. I cześć.

Myślicie sobie, że Magda zatrzasnęła się w domu z kubłem lodów, przytyła do jeszcze bardziej ekstremalnych rozmiarów i umarła na nadwagę? Otóż nie. Magda okazała się być bardzo mądra, a do tego ambitna. Pomyślała sobie, że jak już schudła troszeczkę, to będzie chudła dalej, skoro się tak rozpędziła. Już nie z miłości do faceta, ale ze zdrowej miłości do samej siebie. Zaczęła pływać; okazało się, że bardzo to lubi. Biegała coraz więcej, zapisała się na siłownię, aż wreszcie zaczęła nawet pisać bloga o swoim chudnięciu. Na początku tak bardziej dla siebie; pomagało jej to. Z czasem zaczęła zdobywać coraz więcej czytelników; na tyle, że pozapraszano ją nawet na jakieś blogerskie eventy, na których zaczęła pojawiać się regularnie, za każdym razem coraz chudsza i coraz bardziej uśmiechnięta. Samojebkom z influencerami nie było końca.

A potem Magda zapisała się na Zumbę.

Wiecie co? Odpuściłem kiedyś spotykanie się z jedną laską, bo chodziła na Zumbę i była nawet instruktorką. Skoro znacie już mój stosunek do tego tańca/sportu/gibania to muszę Was jeszcze, drodzy Czytacze uświadomić, że Zumba bardzo szybko stała się dla Magdy całym życiem. Calutkim. Przy całej mojej pogardzie dla tego tańca/sportu/gibania, ja naprawdę szanuję ludzi mających pasje. Jakiekolwiek. To są bezcenne, wyjątkowo piękne jednostki w czasach, gdy wielu z nas potrafi tylko siedzieć przy kompie, skrolować memy w internecie oraz popadać w depresję, inspirując "Magazyn Porażka". Ale ta cała Zumba to był pierwszy od lat temat, na który - smutna do tej pory jak chuj - Magda potrafiła, umiała i chciała rozmawiać z ludźmi. Tylko kto normalny chce rozmawiać o Zumbie? No właśnie - znajomi Magdy mieli jej więc dość. "Hej, byłam dziś na Zumbie, robiłam to i tamto" - tyle mniej więcej zapamiętywali z rozmów z nią. W pracy, jeśli nie zatruwała ludzi gadaniem o Zumbie, to była zajęta psuciem morale, bo gdy przychodził jakikolwiek inny temat, niż tańcowanie połączone ze sportem, w naszej Magdzie odżywał ponurak.

Magda była już całkiem szczupła, kiedy wyrzucono ją z pracy. Kiedy do tego doszło wszystkim jakby ulżyło, trudno było powiedzieć dlaczego. Ludzie w korporacyjnym pokoju, w którym do tej pory stacjonowała, stali się jacyś tacy bardziej żywi, za to o wiele mniej skrępowani. Może po prostu wcześniej bali się, że każda rozmowa będzie prędzej czy później schodziła na ten sam, wiecznie wałkowany przez Magdę temat.

Dlaczego ją wyrzucono? Tego nie wiem, ale jak ktoś jest w swoim zawodzie juniorem przez dekadę, to chyba po prostu jest kiepski w tym, co robi. Jak to mówiła moja pani od języka polskiego - nie każdy musi mieć maturę, na Boga! Magda poleciała z pracy z jakimś takim dziwnym hukiem, że cała - spora - firma o tym wiedziała. Jak już jej nie było, to okazało się nawet, że w sumie to chyba nikt za nią nie tęskni.

***

To był dopiero pierwszy dzień w firmie bez Magdy. Napisała wtedy w internecie, że będzie późnym popołudniem w telewizji i że będzie mówiła o rzucaniu pracy w korpo, co jest teraz bardzo modne. Tak sobie rzucić pracę w korpo. Robić swoje. Oddać się pasji. Rozwinąć skrzydła. Sięgać po marzenia. Tam, gdzie wzrok nie sięga; gdzieś pewnie w okolice suchego przestworu oceanu. Kiedy pojawiła się na wizji w programie nadawanym na żywo, zaczęła opowiadać pięknie i kwieciście. O tym, że praca na etacie ją tłamsiła. Że skończyła z tym dopiero niedawno (nie że wczoraj, po prostu niedawno) i że dopiero teraz czuje jak rozwija skrzydła. Czuje, że robi to, co naprawdę kocha. Że warto mieć marzenia, wierzyć w nie i przeć uparcie do przodu. Że zaraża optymizmem. Że każdy jest kowalem własnego losu, który tylko czeka aż do niego wsiądziesz.

Wyrzucili ją z tej pracy z hukiem, a ona mówiła o rzucaniu korpo i spełnianiu marzeń. A to jedna! I to w zasadzie puenta historii Magdy. Na wstępie wspomniałem jednak, że będzie to historia, która ma Was, drodzy Czytacze zmotywować, więc czas na jakiś szybki morał. Zmotywuje on Was do ograniczonego zaufania do ludzi, próbujących zarażać innych swoją pasją, wmawiających, że można wszystko, jak się tylko bardzo mocno chce. Pewnie i można, ale za każdym Łukaszem Grzesiakiem i Mateuszem Jakóbiakiem kryje się taka Magda. Tylko jej nie widać, bo schudła. Kumacie?