Dzień, w którym coś poszło źle | DailyWeb.pl

Dzień, w którym coś poszło źle

Opublikowano 6 miesięcy temu - 5


Poszedłem na wystawę fotograficzną, a tam Polska. I to nie taka, którą widzę codziennie w reklamach albo na Placu Zbawiciela, ale raczej taka, którą widziałem na własne oczy od wczesnego dzieciństwa. Taka Polska, gdzie pijany wujaszek polewa wódkę, łysy dresiarz czeka tylko, żeby ci wpierdolić, a pijane labadziary ustawiają się w kolejce do właścicieli czarnych BMW. Mówiąc krótko: Polska D. Internet gdzieś tam jest, ale nie bardzo go widać. Wyraźniej świeci telewizor, wyświetlając Mariusza Pudzianowskiego. Wystawa nazywała się po prostu "Polska", a jej autorem jest Michał Szlaga, który przez 9 lat fotografował zakątki kraju (a podróżował w tym czasie sporo) tym, co akurat było pod ręką. Ludzi w moim wieku kojarzą takie aparaty głównie z pierwszą komunią. Całkiem fajna wystawa, proszę się wybrać, gdyby ktoś miał okazję.

Zdjęcia na wystawie, oprócz tematu, łączy coś jeszcze. Wada, którą dobry fotograf potrafi przekuć w atut, czyli techniczna niedoskonałość. Fotografie często były pstrykane spontanicznie, a do tego kieszonkowym sprzętem - są urokliwie niedoskonałe.

I ja sobie głupio pomyślałem, że pf. Że też tak mogę i na pewno bym potrafił.

Bo ja to, proszę państwa, z tych wrażliwych na sztukę jestem. I dlatego lubię cykać fotki telefonem. "Cykać fotki", nie "fotografować"; warto widzieć tę różnicę. W kontekście robienia zdjęć telefonem przez moją skromną osobę, w życiu nie przeszłoby mi przez palce słowo "fotografia". Fakt, czuję się wtedy trochę jak fotograf-artysta. Tak samo jak czułem się żołnierzem, ganiając niegdyś po podwórku z patykiem, strzelając do wyimaginowanych wrogów i wydając przy tym komiczne dźwięki, mające udawać strzelanie. Każdy bawi się jak lubi.

Wystawa zainspirowała mnie skutecznie do tego, żeby w robieniu zdjęć przejść chociaż o poziom wyżej, niż cykanie fotek telefonem i wrzucanie ich na Instagram. Już wcześniej taki pomysł chodził mi po głowie, ale zawsze coś mnie powstrzymywało - najbardziej chyba to dziwne wrażenie, że "prawdziwa" fotografia to coś z pogranicza fizyki kwantowej i alchemii, przez co będę musiał wiekami uczyć się obsługi sprzętu, zasad działania optyki, wreszcie obróbki zdjęć, żeby być zadowolonym z efektów. Od czego jednak ma się kolegów?

Szybko po obejrzeniu zdjęć pana Szlagi napisałem do mojego dobrego kolegi, który zajmuje się hobbystycznie fotografią. Chciałem pożyczyć aparat i to najlepiej analogowy. Tak sobie to wymarzyłem. On na to, że nie ma problemu i żebym wpadał. A potem spytał czy na początek nie chcę się pobawić w lomografię.

I tak dowiedziałem się o istnieniu takiego pojęcia jak lomografia.

To jest taki nurt w fotografii, który polega na spontanicznym robieniu zdjęć prostymi, analogowymi, plastikowymi aparatami; często nawet z wysokości biodra, bez patrzenia w wizjer. Nie trzeba być fotografem, żeby to robić, specyfika sprzętu sprawia, że wiele zdjęć zupełnie nie wychodzi, ale wiele poprzez szum i inne defekty nabiera specyficznego uroku. Tyle na szybko, źródło: Internet, jak ktoś więcej, niech sobie pogugluje. Bardzo "lomograficznie" wyglądają zresztą zdjęcia z tej wystawy, na której byłem. To taki punk rock fotografii, do uprawiania przez każdego.

***

Mam wrażenie. Jest to wrażenie moje własne i jeśli ktoś chce mnie go pozbawić, to ja nie mam nic przeciwko; proszę tylko udowodnić mi twardo, że to wrażenie jest mylne. Wrażenie mam takie, że kiedy aplikacja społecznościowa Burbn zmieniała się w aplikację społecznościową Instagram, jej twórcom przyświecało przeniesienie takiej właśnie spontanicznej fotografii do świata smartfonów. Wszystkie te filtry postarzające zdjęcia, design aplikacji - to wszystko sprawiało, że Instagram uchodził kiedyś za coś "hipsterskiego", cokolwiek to znaczy. Zresztą, jeśli wpiszecie nazwiska jego twórców w Google Grafika, zobaczycie ich z małymi retro aparatami w dłoniach. To wszystko sugeruje, że dzięki aplikacji w telefonie miałeś poczuć się jak ten dziwnie ubrany gość z małym aparacikiem uwieszonym na szyi. Wszystko dla spontanicznego fotografowania otoczenia, łapania chwili na kliszy karcie pamięci i zabawy w takiego właśnie "lomografa".

Dziś Instagram to drugie co do wielkości medium społecznościowe, a my korzystamy z niego jak idioci. Jakby nasze życie było interesujące dla innych. Fotografujemy nim nasze śniadania, a dzięki funkcji video, a potem kopiowaniu Snapchata, pokazujemy jak idziemy chodnikiem. Wiecie, co na tym zaważyło? Jaki był moment przełomowy?
Otóż kiedy człowiek dostał do ręki smartfona z Instagramem - narzędzie, które pozwala robić zdjęcia spontanicznie i ekspresowo pokazywać je znajomym, uznał, że atrakcyjniejsza od wszystkiego dookoła jest jego własna morda. To mówi o nas bardzo wiele, jako o gatunku, który powinien się już skończyć. A ja ciągle nie mogę oprzeć się wrażeniu, że te wszystkie technologie, którymi dysponujemy, z których jesteśmy tak dumni i dzięki którym jesteśmy tak szczęśliwi, wykorzystujemy w sposób wcale nie najlepszy z możliwych.