Przez ostatnie lata trochę poeksperymentowałem jeśli chodzi o mój zestaw do codziennej pracy. Padnięta matryca w moim kultowym Chromebooku Pixel od Google, wywróciła cały porządek. Kupiłem drugi komputer od Apple i… nie żałuję.

By nadać nieco kontekstu całej sytuacji, to na co dzień pracuje w ramach praktycznie dwóch etatów. Część właściwa to moja praca na etacie, gdzie zajmuje się w dużym skrócie projektami IT w międzynarodowym środowisku (tak, w młodym i oczywiście dynamicznym zespole), a po godzinach czy w tzw. międzyczasie, działam w ramach DailyWeb. Sprawa w przypadku sprzętu do pracy zawodowej jest rozwiązana, komputerem od firmy, którą napędza Windows (ha tfu!), a robi się ciekawie w przypadku setupu do pozostałych działań.

Testowałem kilka scenariuszy, począwszy od komputerów All in One (miałem niegdyś piękną maszynę od Dell, XPS 27), później przyszedł czas na przesiadkę na macOS, za pośrednictwem Macbooka Pro i zestawu z zewnętrznym monitorem i klawiaturą. Błędnie założyłem, że będę spędzał około 40% czasu, pracując poza domem. Okazało się w praktyce, że praca poza moim biurkiem, to był jakiś 10% całkowitego czasu, w efekcie MBP stał zamknięty w stojaku.

R E K L A M A

Pomyślałem, że to nie był szczęśliwy pomysł, więc postanowiłem zrobić rewolucję, wrócić do idei komputera All in One, który uważałem za czasów Della, za doskonałe rozwiązanie (kusiło mnie jednak, by posmakować macOS w postaci wspomnianego MBP). Efekt był taki, że sprzedałem swojego MacBooka, a następnie kupiłem iMaca 5K, którego używam do dzisiaj i którego wielbię całym swoim serduszkiem. Pozostała jednak kwestia, jak rozwiązać problem wyjazdów na eventy, targi i inne miejsca, gdzie niestety nie zabiorę ze sobą iMaca.

Piękny, ale dalej bez sensu – poznajcie Google Chromebook Pixel

Biorąc pod uwagę czas, w którym taki przenośny komputer przydałby mi się do pracy poza moim domem, wiedziałem, że nie chce szaleć z budżetem, bo to będzie zdecydowanie drugi komputer. Dodatkowo od zawsze byłem ogromnym fanem idei Chromebooków, komputerów, które co do zasady mają być tanie i dostępne, a głównym segment zbytu to ten związany z edukacją. System operacyjny oparty w całość o przeglądarkę? Czemu nie, patrząc na to jak wielkie możliwości zwykłe narzędzie do przeglądania stron internetowych, posiada.

Kupiłem Chromebook Pixel 2 i nie zawiodłem się, to kawał pięknego sprzętu!

Okazało się jednak, że Google wypuściło produkt, którego idea nieco kłóciła się z założeniami, które Wam podałem powyżej. Zrobili komputer, na mocnych podzespołach: i7, 64GB SSD, 16 GB RAM, a do tego dotykowa matryca z wysoką rozdzielczością, a całość do… obsługi ChromeOS. Gdzie jego cena była wyższa niż np. wypuszczonego w tym czasie MacBook Air. To się przysłowiowej kupy nie trzymało i widać, że nie o pieniądze Google chodziło, kiedy wypuścili ten sprzęt. To był prawdziwy ewenement.

Chromebook Pixel

Po latach kupiłem ten sprzęt za 1400 PLN. Byłem i właściwie dalej jestem oczarowany tym sprzętem, który nawet aktualnie budzi respekt tym, w jak doskonały sposób został zaprojektowany. Prócz specyfikacji mamy bardzo charakterystyczne świecące pixele na pokrywie urządzenia, informujące o stanie baterii. Doskonałe, aluminiowe body urządzenia, z ostrymi i mocnymi liniami, a także cholernie wygodną klawiaturę.

ChromeOS nie bez wad

Z komputera nie korzystałem dużo, w zasadzie sporadycznie w trakcie wyjazdów na targi lub po prostu zabierałem go na wyjazdy rodzinne, jako opcja, gdyby smartfon nie wystarczył. Bardzo go lubiłem, ale nie był on oczywiście pozbawiony wad i ograniczeń. Mogliście na nim instalować aplikacje z Google Play, ale ich obsługa, przełączanie się między okienkami, minimalizowanie ich, to był prawdziwy koszmar.

Chromebook Pixel

Z drugiej jednak strony, wielogodzinna prace na baterii wynagradzała wszystko, a ja dodatkowo głównie korzystałem z edytora WordPress, w którym klepałem teksty. Oczywiście nie ukrywam, że nieco zazdrosnym okiem patrzyłem na pełnoprawne sprzęty moich kolegów z zespołu, kiedy czerpali garściami z integracji MacBooka z iPhone i pomyślałem, że kiedyś i tak zrobię skok w bok, dla zasady i chęci posiadania.

Chromebook Pixel
Uszkodzenia matrycy.

No i skoczyłem w bok, szybciej niż się spodziewałem

Tegoroczna IFA 2022 to było dla nas wielkie wydarzenie. Pierwsze targi po pandemicznej przerwie, no i oczywiście u mego boku nie mogło zabraknąć Pixela. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy wypakowałem Chromebooka, by skleić pierwszy, pełen emocji tekst, z powodu radości, jakiej doświadczyłem na powrót do Berlina, a matryca mojego ulubionego z kategorii bezsensownych sprzętu, okazała się być uszkodzona.

Pęknięcie pojawiło się z lewej strony ekranu, a ja szybko wertując w głowie, czy mogłem spowodować to uszkodzenie, uświadomiłem sobie, że to najpewniej 20 000 mAh powerbank, ktory był włożony w tę samą przegródkę plecaka. Byłem zdziwiony, bo Chromebook opakowany był w piankowe etui, o grubości 0,5 cm, gdzie technicznie nie było możliwości, żeby jakikolwiek nacisk uszkodził matrycę, schowaną za porządną aluminiową pokrywą urządzenia i w całości opatuloną we wspomniane piankowe etui.

Okazało się jednak, że to nie moje niedbalstwo… a najpewniej fabryczna wada tych ekranów, zgodnie z tym jak wiele osób zgłaszało analogiczny problem. To oczywiście nie spowodowało poczucia ulgi, a dodatkowe rozgoryczenie, bo przeszczepianie matrycy z innego urządzenia, mogło się wydawać bezcelowe.

Kiedy przetrawiłem problem, pomyślałem, że to teraz moment na skok w bok. Nie zastanawiając się długo, za namową kolegów z zespołu… kupiłem sobie MacBooka Pro z TouchBarem, za którego zapłaciłem naprawdę niewiele. Haczyk polegał tylko na tym, że bateria miała ponad 460 cykli. Pomyślałem, że baterie w najgorszym wypadku można wymienić, a grunt, że klawiatura motylkowa jest w poprawionej wersji.

MacBook trafił w moje ręce kilka dni później i cieszę się z niego jeszcze bardziej niż z Chromebooka, ale po przesiadce na klawiaturę Keychron w iMacu 5K, nie jestem w stanie na klawiaturze motylkowej pisać. Mam wrażenie, jakbym pisał na blacie kuchennym, a klawisze pod palcami wcale się nie chowały. To najpewniej kwestia przyzwyczajenia, ale czerpie garściami z integracji ekosystemu Apple i myślę, że to był doskonały wybór, tym bardziej że sprzęt mobilny wraz z gwałtownie rosnącymi zainteresowaniami pozalekcyjnymi mojego syna. Mogę popracować, napisać właśnie ten tekst.

Sam Chromebook wylądował na OLX za bezcen, gdzie postanowiłem po krótkim czasie, że przeżyję kwestię matrycy, a sam sprzęt zostawię właśnie dla swojego dziecka, które zacznie przygodę z komputerami, od naprawdę świetnego i nietuzinkowego sprzętu, a nie z jakimś tam makbukiem.