„Devil’s Hunt” omijajcie szerokim łukiem

„Devil’s Hunt” omijajcie szerokim łukiem

Opublikowano 23.09.2019 20:47 -


Kilka dni temu połasiłem się na grę, która świetnie wyglądała na zrzutach ekranu i materiale promocyjnym. Na dodatek jej fabuła została oparta na powieści „Równowaga” Pawła Leśniaka. Z wrażeń wizualnych i opisu zapowiadała się ciekawa siekanka. Coś podobnego do „Devil May Cry” lub „Darksiders”. Pobrałem grę, podłączyłem kontroler, rozsiadłem się wygodnie i uruchomiłem grę. Moje oczekiwania zostały szybko zweryfikowane.

Zaznaczę to w pierwszym akapicie - „Devil’s Hunt” omijajcie szerokim łukiem. Gra kosztuje 125 złotych i nie jest warta tej cenie. Poza tym, za tę kwotę możecie mieć mnóstwo lepszych produkcji. Aktualna oferta Humble Monthly Bundle jest ciekawsze, bo jej w niej „Battletech”. Jest to całkiem przyjemna gra o mechach, której nie można odmówić solidnego wykonana.

A co mogę powiedzieć o „Devil’s Hunt”? Na pewno to, że ma ładnie wykonane lokalizacje.

Miło zwiedzało mi się mieszkania oraz otwarte przestrzenie. Widać tutaj trochę dbałości o szczegóły, czego nie mogę napisać o pozostałych częściach produkcji. Po 30 minutach miałem już serdecznie dość tej gry.

W takich tytułach kluczowa jest walka. Na ekranie musi się coś dziać, a ja, jako gracz, mam mieć możliwość wykonywania spektakularnych kombinacji. Szczególnie istotny jest system wybierania przeciwnika. Wpływa na poczucie płynności w walce. Mam na myśli to wrażenie, gdy kierowana postać uderza kolejnego wroga i można walczyć dalej.

Nic z tych rzeczy nie istnieje w „Devil’s Hunt”. Walka to naciskanie jednego klawisza, jakieś tam ciosy kończące i nudni przeciwnicy. Niby są jakieś super moce, ale ich używanie nie daje żadnej przyjemności.

Już lepiej dusić ten przycisk, patrząc przy tym, jak kolejni przeciwnicy się rozpadają. Samo poruszanie się w trakcie potyczek jest do bólu nieintuicyjne. Zupełnie nie czułem pola walki, nie potrafiłem zlokalizować przeciwnika i wyprowadzić sensownego ataku. Dusiłem przycisk, liczyłem na to, że trafię. Jednak starcia nie są najgorsze.

„Devil’s Hunt” ma diabelsko złe przerywniki. Wtedy widać wszystkie słabości modeli oraz brak pomysłu na postaci. Bohaterowie są drewniani, ich animacje są najzwyczajniej w świecie tragiczne, a twarze przypominają pośmiertne maski.

Oczywiście, że można pomijać przerywniki i od razu przechodzić do walki, jednak ja nie widzę sensu w takiej rozrywce. W takich grach chcę poznać fabułę, dowiedzieć się czegoś o bohaterach i świecie.

„Devil’s Hunt” mi tego nie dał. Co jest kuriozalne! Produkcja ma nieźle zrobione plansze, ale liczba interaktywnych przedmiotów jest mała. Czasem można znaleźć jakąś notatkę lub zdjęcie, jednak nikt nie pomyślał o zaimplementowaniu notatnika, w którym mógłbym zapoznać się z zebranymi informacjami.

Żałuję, że zagrałem w „Devil’s Hunt”. Wytrzymałem dwie godziny, nie mam ochoty wracać. Gra wygląda tak, jakby była zaprojektowana w próżni, przez osoby, które nigdy nie grały nawet w jeden tytuł z serii „Darksiders”. Mam wrażenie, że nikt nie zrobił solidnego researchu, w wyniku czego wyszedł nudny i mdły potworek.

Wieści z Rozładowani.pl