"Crash Team Racing Nitro-Fueled" to dużo więcej niż nostalgia - recenzja




"Crash Team Racing Nitro-Fueled" to dużo więcej niż nostalgia - recenzja

Opublikowano 11.07.2019 14:56 -


Remastery dawnych hitów są już stałym elementem obecnej generacji konsol. Nie oszukujmy się — w wielu przypadkach jest to czysty rachunek ekonomiczny. Ot, „stworzymy” grę, która tak naprawdę jest już gotowa i ponownie na niej zarobimy. Ale zdarzają się też perełki, które do pierwowzoru podchodzą niemal jak do Biblii. Tak jest właśnie z „Crash Team Racing Nitro-Fueled”.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że jestem ogromnym fanem klasycznego (przynajmniej dla mnie) „Crash Team Racing” z pierwszego PlayStation. Z pierwowzorem „Nitro-Fueled” jako dziecko spędziłem setki godzin i doskonale się przy tym bawiłem, przez co tytuł ten darzę ogromną sympatią. Możecie mi zatem uwierzyć na słowo — do remastera podchodziłem z dużą nadzieją, ale i ogromną rezerwą.

Trudno jednak zachować minę poważnego, dorosłego recenzenta, gdy już samo intro przywodzi na myśl beztroskie czasy padów na kablu i 1-megabajtowych kart pamięci. Odpowiedzialne za powrót produkcji studio Beenox dopracowało w odświeżonym „Crash Team Racing” całe mnóstwo takich detali. Począwszy właśnie od intro, przez sam gameplay aż po różne drobne dodatki. Duch gry został jednak zachowany, co zresztą deklarują sami twórcy. Chodziło o to, aby unowocześnić i nieco rozbudować grę, zachowując jednocześnie rdzeń i magię rozgrywki sprzed lat. Moim zdaniem to zadanie jak najbardziej im się udało.

Start your engines...

Głównym trybem gry jest znany z pierwowzoru „Adventure”, gdzie jeździmy po otwartej arenie, wybierając kolejne wyścigi i odblokowując następne. Już w tym momencie widzimy, co dołożyło od siebie studio Beenox, bo gokarty i postacie można dostosowywać do własnych upodobań, czego nie było w pierwotnej wersji. Są to tylko zmiany kosmetyczne, ale zdecydowanie urozmaicają grę. Nic tak dobrze nie usprawiedliwia kolejnej godziny spędzonej na graniu, jak argument, że przecież „jeszcze kilka wyścigów i może odblokuję tę carbonową karoserię”...

Przejdźmy jednak do konkretów. Wystarczyło, że włączyłem pierwszy wyścig na trasie „Crash Cove” i po prostu opadła mi szczęka. Czytałem wcześniej dużo narzekania, że gra nie działa w 60 klatkach na sekundę. Zupełnie tego nie zauważałem. Widziałem jednak przepięknie odnowione trasy, pełne nasyconych kolorów, różnorodności i życia. Nie mogłem się nadziwić, że postacie są tak szczegółowe i że mają nawet swoje unikalne zachowania. Moim faworytem jest Crash, który od czasu do czasu... wystawia język w swoim stylu, puszczając oko do gracza.

Takich detali Beenox zawarł mnóstwo, przez co gra po prostu tętni życiem. Każda trasa to co najmniej kilka dodatkowych szczegółów, których nie było w pierwowzorze, np. pracująca kopalnia w „Dragon Mines”, fruwające płatki kwiatów w „Coco Park” czy... miś polarny grający jako DJ dla pingwinów w „Polar Pass”.

Nitro i do przodu!

Grafika grafiką, dodatki dodatkami, ale dla najbardziej oddanych fanów „Crash Team Racing” najważniejszy jest i tak gameplay. I w tym przypadku twórcy remake'u  nie zawiedli. Z mechaniką rozgrywki lepiej było nie kombinować i tak też zrobiło Beenox, pozostawiając system bez zauważalnych zmian. Cały czas jest on prosty do nauczenia, ale wymaga czasu, aby osiągnąć mistrzowski poziom.

W „Nitro-Fueled” gazu dodajemy jednym przyciskiem i skręcamy gałką. Brzmi łatwo? Tak, ale do czasu, gdy przyjdzie nam się zmierzyć z trudniejszym przeciwnikiem lub gdy włączymy wyższy poziom trudności (te są aż trzy i najtrudniejszy naprawdę daje popalić). Podczas wyścigu możemy bowiem także podskakiwać naszym gokartem, a służący do tego przycisk po ponownym naciśnięciu (w odpowiedniej chwili) daje nam przyspieszenie niczym dawka podtlenku azotu (potocznie zwanego „nitro”).

Jedyną nowością w kwestii rozgrywki są kosmetyczne zmiany, które trochę ułatwiają naukę korzystania z nitro i wciskania przycisku w odpowiednim momencie. Osiągnięto to za pomocą odświeżonego paska doładowania i kół, które w odpowiednim momencie zaczynają świecić, informując gracza, że ma wcisnąć przycisk. Sprawdza się to bardzo dobrze, a jeśli z jakiegoś powodu nam się to nie spodoba — w każdej chwili można te „wspomagacze” wyłączyć.

Ważnym elementem gameplay'u są też zbierane przez zawodników (ośmiu w wyścigu) przedmioty, którymi możemy atakować przeciwników, np. bomby, eliksiry czy skrzynki z TNT. Najbardziej przydają się one oczywiście w trybie „Battle”, gdzie musimy pozbyć się z areny innych graczy. W tym aspekcie twórcy jednak trochę mnie rozczarowali, bo z chęcią zobaczyłbym nowe pomysły na przeszkadzanie innym. A tak trzeba się niestety zadowolić starym arsenałem.

Zabawy po uszy

„Crash Team Racing Nitro-Fueled” oddaje do dyspozycji graczy 26 postaci, 31 tras (również z „Nitro Kart”) i 12 aren. Na dodatek twórcy zaplanowali kilka specjalnych eventów, podczas których te liczby będą się jeszcze zwiększać. Do tego należy doliczyć niezliczone opcje dostosowywania pojazdów i kierowców oraz mnóstwo trybów gry pozwalających cieszyć się zabawą przez długie godziny.

Ta gra to nie tylko wypakowana dodatkami nostalgia za oryginałem, ale po prostu świetna, kolorowa gra typu kart racing, która przypadnie do gustu wszystkim grupom wiekowym. Dla fanów pierwowzoru to pozycja obowiązkowa, a i niezaznajomieni z nim gracze będą zadowoleni. Zwłaszcza że jest to jeden z niewielu już tytułów pozwalających grać w cztery osoby na jednej konsoli.

Przyznam, że sam jeszcze niedawno rozważałem kupno starego PlayStation w zasadzie tylko po to, żeby grać w „Crash Team Racing”. Teraz już się nad tym nie zastanawiam, bo „Nitro-Fueled” spełniło to zadanie z nawiązką.